…Złotawa krucha i miła.”
Siedząc i patrząc na zbliżającą się jesień czuła, że to jej czas.
Nos chłonął zapach jabłek, śliwek oraz zielonych winogron. Stare odmiany, jak wspomnienie starych nadziei. Wielobarwne bukiety barw, smaków i zapachów. Koralowa jarzębina. I miodowo-pieprzowy zapach polskich mimoz – nawłoci. Mama bardzo lubiła kolorowe astry. Ona też i michałki.
Jeśli słońce może być subtelne i spokojne, to właśnie jesienią. Można rozsiąść się na ławce i nie poparzy. I wtedy: “A po ulicach w lekkiej jesieni, Fruwały za mną jasne anioły!”
Kiedy 15 lat temu spędzała kilka grudniowych dni w okolicach Werony, Padwy i Mediolanu marzyła o tak ciepłych zimach w Polsce. Doczekała się. Lata są ostatnio niczym w Toskanii. Jesień ciepła, zima łagodna, trochę wilgotna i wietrzna. A wiosna? Wiosna, jak jeden wielki wybuch zieleni i kwiecia,. Takie marzenie, co się spełniło 🙂
Połowa września pozwalała czasami założyć trencz i zwinąć się w kłębek pod kocem. Zdarza się już zapalić świeczkę w podgrzewaczu, na którym stoi granatowy dzbanek z herbatą. Ale można też zdjąć ubranie i kąpać nagie ciało w pełnym słońcu.
Jesień, to atmosfera dla jazzu. “Ballady i romanse w Sandomierskiej Toskanii” – też jesienią. I w telewizji nowa ramówka. Choć to stare klimaty.
Urodziła się w październiku. Jesienią brała ślub i wtedy też poczęło się jej dziecko. Tata zmarł jesienią. Jednak…Wiosna też była ważna w jej życiu. Urodziny córki, śmierć mamy. Początek dramatycznej opieki nad rodzicami. Grubsze początki i końce, te fundamentalne – to jej wiosny. Szczególnie końce lutego.
Kraków. Jest słoneczne, wrześniowe popołudnie. Zebrało mi się na pisanie.
– Piszesz o sobie? – zaciekawiony Karol podgląda zza moich pleców.
– No tak.
– A co z tego tekstu wynika? – pyta przyjaciel – poza tym, że lubisz zbliżająca się porę roku?
– Cóż, próbuję napisać esej. Potrzebuję podsumować ostatni czas kryzysu, objawienia i widzącego spokoju. I może uda mi się zrobić to ciekawie…?
– Aaaa – i jak opiszesz to ostatnie mocowanie się życia ze śmiercią? Bardzo ciekawe.
Siedzimy z Karolem na chwilę przed…On myśli o wyjeździe z kraju na dłużej. Ja siedzę chwilę po… Właśnie, dokładnie po tym, jak skończył się mój kilkutygodniowy katharsis. Ale sezon trwał kilka miesięcy? Ten też zaczął się wiosną. Tym razem z końcem marca.
Maj, czerwiec, lipiec i sierpień `26 doprowadziły mnie do egzystencjalnego dna.
W końcu skapitulowałam. Chciałam się nie obudzić. Zobaczyłam, nie! dotarło do mnie, jakie programy żyły życie beaty. Już chwilę temu mi się ujawniały. Niektóre po kawałku. Inne w całych blokach. Patrzyłam na głosy, co mi doradzały. Tak oglądałam je. Z jakiej są substancji. Patrzyłam na konstrukcje, co ciągnęły w swoją stronę. kiedy “ja” intencjonalnie chciało ku słońcu, szczęściu i spokojowi. No i spełnieniu.
– Ale, ale to “ja” to też ego😃 – prawie dławię się smiechem.
Obserwowałam, co się we mnie dzieje, ale i dałam się ponieść cierpieniu. Było jak na mocnym dramacie w kinie. Czasem tak jest, że niby to o kim innym ale wczuwasz się w role postaci, ich przeżycia. Szczególnie dojmujące były: poczucie beznadziei i chęć końca, uwolnienia. Dużo było bezsensu. I ściana. Co dalej? Jak dalej żyć? po co?
– Mądrzy podpowiadają, że tak być może, kiedy ego już nie wie, nie umie i w bezradności robi ostatni zryw…
– Może. Może to to…? – nie jestem zbyt chętna do entuzjazmu. Już wiem, że rzadko rzeczy są takie, jakimi je widzimy.
– Najciemniej jest przed świtem – Karol wytrwale stara się mnie utwierdzić w takim postrzeganiu.
– Tak kochany. I ja tak przeczuwam. Życie dla przeżycia, to beznadziejny argument dla trwania w istnieniu.
Ostatnio zobaczyłam Ksawerego i Z.A. w normalnym świetle. ich powierzchnia zdawała się drgać szarą warstwą“czegoś”. Taki bojaźliwy fałsz, dziurawa faktura. A takie “serio” to było wcześniej. Tyle znaczyło. Opierałam się na nich. Tzn. moja osoba stała na takich charakterach, cechach. Konstytułowałam się w okolicznościach: zła, nie taka, winna, podejrzana, wadliwa, zasługująca na karę, niewarta, przeszkadzająca. Cały czas w tamtym domu, z tamtymi wartościami i z tamtą oceną siebie. I żeby tylko nie czuć mocy, nie być zadowoloną z siebie, odpocząć i zatopić się w beztroskim JESTEM. Poczułam okrągły, twardy kamień: muszę działać, starać się, wymyślić, zarobić. Jest nie tak. Kwiaty nie pracują a kwitną, ale beata, człowiek musi. Winna! Patrz, co wyrobiłaś! I takie tam.
– Mówiłaś o ptaku wolności zamienionym w skałę – wiercące spojrzenie nie pozwala mi wpłynąć na mieliznę.
– Tak. Może to wyobrażenie, ale tak. Wolność uwięziona w skale, w kamieniu, co go miałam w sercu – przyznaję spokojnie.
– Odczarowałaś go – Karol stara się kontrolować sytuację. Boi się powrotu tamtych emocji.
– Byłam przy tym jak się uwalniał. To nie było nic spektakularnego. Zwyczajnie. Byłam przy tym.
Szukałam domu, który był tym, czym patrzyłam. Tęskniłam za nim. Zawsze.
A dziś, nie wiedzieć czemu, kiedy słyszę: “To Ty, To ty jesteś ta dziewczyna,
Która, do mnie na ulicę wychodziła!’
Od Twoich listów pachniało w sieni.
Gdym wracał zdyszany ze szkoły”
– czuję jakby PRAWDZIWA JA mówiła.
I słyszę: PRZECIEŻ TYLE RAZY JUŻ BYŁAM! Tyle razy czułaś tę cudowność, ten spokój, tę jesień.
“To Ty, to Ty, moja jedyna.”
