Z nowego miejsca, w którym się każdego ostatniego dnia znajduję widzę nowe rzeczy na „mój” temat.
Pożegnałam się z lekceważeniem mnie i innych przeze mnie, umiłowaniem bycia w stracie, dopominania się o „moje”, niecenienia „mnie”, niekochania, pogardy dla siebie, „mojego” życia, bycia i „mojego” działania. Znalazłam absolutny brak umiejętności zwykłego kochania i szacunku dla innych – jakbym tej funkcji nie miała. I co najbardziej zadziwiające zatracanie się w aferach, sensacjach, wyjątkowo brzydkich akcjach, ocenianiach, stawaniu po czyjejś stronie.
Dzieje się! I oto jestem w pełnej krasie ☹! Już nieważne czy dobrze, czy źle, chociaż lepiej jak źle (a mówię sobie, że tego nienawidzę). Staję po stronie pokrzywdzonych, lepszych, moralniejszych, uczciwszych, szlachetnych. Skanowanie siebie i „mojego” życia w poszukiwaniu problemu, spoglądanie na innych (być może i z wyższością) i sprawdzanie: jest okej, czy nie. A nuż jestem lepsza. Odnalazłam całkiem blisko ten narcyzm, na który tak narzekałam u innych. Jakże fascynujące było ubolewanie nad sobą. Chociaż zawsze zdawałam sobie sprawę ze swojego udziału w teatrze: narcyz i ofiara losu. Założyłam istnienie tego programu w mojej przestrzeni, w ciele. Brak empatii, nieumiejętność kochania, czucia czystej miłości, tendencje do kontrolowania, egoistyczne patrzenie z pozycji „ja” i co mi ktoś robi, zrobi, o mnie, u mnie i na mnie. Wymuszanie swojej woli. Naciskanie. Dociskanie.
Pozytywne jest to, że nie obwiniam siebie o to co rozpoznałam na sobie/w ciele. Traktuję to, jak ubranie, w które byłam ubrana. Wczoraj zamyśliłam się nad tym, jak będzie wyglądać moje doświadczanie teraz? Dotąd spoglądałam na świat z pozycji: jestem blisko czyjegoś oszukaństwa, ale dużej afery! obwiniania, uwikłania w sądy (choć to nie moje sprawy), że coś mi zagraża, strachu, troski, braku kasy, niespełnienia i smutku. Niezadowolenia z „mojego życia”.
A tu przecież wszystko to jest doskonale. Wydarzenia, osoby, wewnętrzne dramaty pokazały mi wyraźnie: co we mnie i na mnie A NIE ZE MNIE.
Byłam wczoraj (kiedy to zobaczyłam wreszcie) zdumiona całym tym „moim” zamiłowaniem do afer, skrętów, obwiniania, szukania winy i wyczekiwania miażdżącej sprawiedliwości dla siebie i mojego naciskania do przyznania się innych do ich niecnych czynów, błędów. Roztrząsanie „nietakości” i nieuczciwości, oszukaństwa, fałszu w innych – moje programy. To wszystko było o mnie i do mnie. Rozpoznałam to.
Zdumiewające, jaką wdzięczność można poczuć za te całe boleści, za to co było, co się nie udało. Udało się wszystko!!!
I opada powoli zdumienie tym, co mi się pokazało. Mam całkiem przydatną potrzebę strząśnięcia, zrzucenia całego tego ubrania z siebie. Tarzałam się w bagnie i wcale nie przeczuwałam, że je wybierałam. Tzn. z wyborów, których jako jedyne dokonywałam wówczas i to nieświadomie a czasem świadomie Ale kto tam był „w domu” wówczas? Było przecież, co postanawiałam.
Tyle razy słyszałam, że zawsze wybieram świadomie, czy nieświadomie.
Wybieram, nie wybierać już bycia w tych obszarach, na tych placach. To czego najbardziej nie znosiłam, a co się wciąż i wciąż w różnej formie pojawiało w moim życiu było do mnie.
Może tak być, że dostrzegłam najciemniejszą z moich ciemnych szat. I moja tożsamość, ego zastanawia się teraz: jak to będzie żyć na nowo, bez tego? Bo to powłoki ofiary, kata, poczucia lepszości, należy mi się, nieszczęścia, zatroskania, strachu o siebie i czekania na nieszczęście. Całe to: muszę się pokazać, trzeba coś podkręcić, żeby uatrakcyjnić swój obraz, prozę życia. Niech wygląda na wyjątkowe, niech wzbudza zachwyt. Choć jest w mojej ocenie nudne, nieszczęśliwe. Pokryję je kruchymi szkiełkami pozoru i ułudy i oświetlę, pocieszę się tym przez chwilę, bo jakoś muszę dać radę.
Trzymałam przy sobie trudności, kłopoty zw. z kasą, zdradę, zazdrość i ohydność partnerów i domów, w których przyszło mi z nimi mieszkać. Okropieństwa i okrucieństwa, oskarżenia i podejrzenia budowały treść mojego życia. Przeżywałam każdy kolejny dramat i karmiłam się nim, nasycałam. Naprawdę! Moje wyzwania, skomplikowaności i wyjątkowość potworności – tak je nazywałam. Tak wybierałam. Do tego ocenianie i krytykanctwo, żeby choć na chwilę poczuć się lepszą i lepiej.
I to było doskonałe. Mówią, że to czego nie widzisz wciąż i wciąż w rożnych formach pojawia się w życiu, aż ujrzysz. Ujrzałam.
Czy to dziwne, że przeczuwam całkiem nowe życie? Nie doznawałam dotąd np. czystej miłości z zewnątrz dla siebie. I nie dawałam. Nie wybierałam pięknych obszarów raju, z miłości, prawdy i dobra.
Czuję, że to czego przebłyski objawiają mi się w ciągu ostatnich tygodni to to. Raj doznań a za tym pójdą inne formy. Myśli, zdarzenia, ludzie.
Jeśli to wszystko prawda, a tak czuję, to szykuje się doświadczanie całkiem Nowego Życia.
Ale to całkiem nowa książka, nawet nowy księgozbiór, nie z tego świata. TUTAJ panują inne zasady. Tutaj…początek każdej myśli i każdego działania utkany z prawdy, dobra, uczciwości i szacunku do życia, które święte i do człowieka, który, każdy mną.
Radość życia, Miłość. Dobro. Zachwyt życiem. Widzenie obfitości życia. Czerpanie z bogactwa, co wkoło. Wdzięczność za wszystko. I jest wszystko.
