„ Droga Mamo,
przekazałaś mi to, co przyzwyczajona byłaś, że jest normą, uznane, słuszne i będzie mi służyć. Dzisiaj Ciebie zrozumiałam. Przeczytałam książkę „Chłopki”. I obraz „mojego życia” dalej się wyostrza. Pojawiło się pytanie: czy w ogóle Ciebie znałam? Czy cicha uraza: dlaczego tak bolało bycie Twoją córką, ma jeszcze jakiś sens? To był mariaż miłości i nienawiści. Czy nie za ostro Ciebie oceniłam? Zrzuciłam na Ciebie odpowiedzialność za całą moją udrękę i niedolę z jaką przyszło mi się zmagać. Jak pamiętam, ty też miałaś żal do swojej Mamy. Mama – glos najsurowszego krytyka, co nie pozwala odetchnąć, odpocząć, ucieszyć się z dnia. Czy tamto myślenie ma jeszcze jakiś sens? Teraz czuję, że nie. Okazuje się, że nie wiedziałam wielu rzeczy. Nie znałam twojego dzieciństwa, Twoich warunków życia, kultury wsi. Nie miałam pojęcia o okolicznościach w takich wychowała się Twoja mama oraz Ty i Twoje siostry...”
„Mała dziewczynka pasie krowy, gęsi. Kiedy dorasta nie jest do niczego potrzebna. Mało tego – jest zbędna. Obciąża gospodarkę, bo trzeba ją wykarmić, a często nie ma czym. (…) Wiejska dziewczyna musi być przede wszystkim robotna, by okazać się przydatną. inaczej okaże się zbędna i tak też bedzie sie czula. Gdy tylko zaczyna chodzić, uczy się swojej roli harowaczki.”
Lektura nie pozwala mi już pozostać w tamtej wizji Mamy i w tamtym rozumieniu Jej poczynań. Najwyższa pora na rozstanie się z wyobrażeniami, interpretacjami, że Mama robiła to a tamto, a więc i wyobrażeniami i iluzjami na mój temat.
Znów przychodzi mi napisać, że nie miałam racji. Było inaczej. Widziałam, co umiałam zobaczyć zza okularów zlęknionej, próbującej żyć i przeżyć w trudnym świecie i skomplikowanych okolicznościach osoby.
Autorka książki napisała: „Mama zachowała w sobie wiejską oschłość typu, /jak boli, to uciąć/. Była zimna, nie umiała okazywać ciepła, wsparcia. Nie przepraszała mnie nigdy nawet, gdy była niesprawiedliwa, bo przecież dziecka się nie przeprasza.”
I ja przecierpiałam czując się odrzucona, nieszanowana, nieuznana całe życie. Nie wiedziałam, że to wtedy Mamą i babcię nauczono, że dziewczynka to kłopot, że musi być użyteczna, stanowić funkcjonalność. Była kłopotem, oby nie darmozjadem. Uczyło się je jak być robotna. I, że nic im się nie należy. Nie mają mieć żadnych potrzeb. Jakby nie istniały. Nie są w domu w ogóle brane pod uwagę, nie liczą się. Poczucie, które często Mamę i mnie dręczyło że odpoczynek, pieniądze, spokój, powodzenie życiowe, to mi się właściwie nie należy. Czucie, że zaraz się wyda, że coś źle zrobiłam – taki syndrom uzurpatora. Mama wobec siebie uprawiała czarnowidztwo.
A wobec mnie? Często naciskała – z czego się cieszysz? Pochwała, jaka pochwała? Leżenie, jaki odpoczynek. Robota jest! Wydaje ci się, że coś osiągnąłeś!? Zaraz Ci tu pokażę ile to jest warte…! kto ci powiedział, że zasługujesz? Że ci się należy!? Nul! Tak było…zawsze.
Bo w takiej atmosferze żyły Jej mama, Ona i inne córki. Głęboko, w środku wiedziały, że są n i k i m. Że są skazane na smutny, cierpiętniczy, kobiecy los gorszych. Taki był ustalony porządek rzeczy. Mama próbowała coś dla siebie wywalczyć po wyjściu za mąż. Brała się z życiem za bary. Walczyła. Ciężko pracowała. Chciała mnie wykształcić. Liczyła, że moje powodzenie zapewni i jej lżejsze życie, spokojną starość. Nigdy jednak nie dawała sobie ani mnie prawa do szczęścia. Ciągle walczyła, uważała, że jeszcze powinna coś zrobić, coś zmienić, czegoś dokonać. Bardzo głośno powtarzała, że należy jej się to i tamto, że tego i tamtego nie ma, a powinna mieć! Nigdy nie była w spokoju. Wciąż uważała, że jeszcze coś musi, że trzeba zrobić. Bo ta, albo inna sąsiadka, siostra to mają to i tamto. Była niespełniona, zazdrosna, wciąż się porównywała i dołowała. Emanowała powinnością, zadaniami, niezadowoleniem, porażką. Przybrała rolę „cierpiętnicy – bohaterki” ale nie dało jej to szczęścia.
No i okazuje się, że napisałam o sobie…Wyjątkowo skrzywdzona, niesprawiedliwie potraktowana, ciągle coś musząca, w zobowiązaniach, w nieprzyjemnych sytuacjach, w trudnym życiu i pracy i w niezadowoleniu z życia. Żal, ukryta głęboko złość, ciche pomiatanie sobą (również innymi) i wewnętrzna zgryzota, niezadowolenie z życia. Dokładnie tak, jak Mama, babcia, ciotki…
Mamy oszczędzanie. Liczenie każdego grosza, to konsekwencja życia w biedzie. Trzymanie pieniędzy. strach przed wydawaniem, przed tym, że ich zabraknie. Nauczona, że liczy się i jest wolny ten, kto ma kasę.
Naciskała na jak najlepszy mój wygląd. Denerwowała się, gdy widziała defekty. Kazała się pilnować. Dbała o mnie, próbując czasem wymusić swoją rację, swoje „ma być tak i koniec”! Liczyła, że to, plus studia zagwarantują mi korzystne zamążpójście.
„Samopoczucie służącej zależy w znacznym stopniu od tego jak jest traktowana przez chlebodawców, a głównie od humoru pani. Znają ten schemat wszystkie służące” – niby nie do końca o nas, ale generalnie tak. Mój problem przez całe życie. Ja i Mama. Wzorzec kobiet pozbawionych własnych potrzeb i oczekiwań. „Harowaczki”, które muszą się zawsze starać, żeby wzorowo spełniać nałożone, albo wzięte obowiązki (i pokornie poddawać się ocenie) i pozwalać innym, żeby ją nimi obarczali.
Mama czuła się biedna, pozostawiona sama sobie w ich domu. Nie dojadala. Była chuda. Jej mama nie była wspierająca. Szybko skończyła się możliwość nauki, bo kazała córkom iść do fabryki, zarabiać na siebie. Mama zaczęła pracować w wieku 15/16 lat w zakładach włókienniczych. Po pracy harówka na gospodarce, w polu. Znój życia.
Mnie Mama też nie wspierała. Skąpiła dobrego słowa. Złego za to było w nadmiarze. Podkreślała co jest według niej źle. Co i jak trzeba zrobić. Jej nikt nie oszczędzał w domu. Były tylko wymagania i zero wsparcia, jakiegokolwiek wsparcia i dokuczanie Jej mamy, siostr. Byly jakby pod stała obserwacją siebie. Knuly, obgadywały, obrżały się na siebie. Nigdy nie czuć było, że jest jaks pozytywna więź pomiędzy nimi. Negatywne emocje, zazdrość, zawiść – owszem.
Skąd więc Mam miała wiedzieć, jak się udziela wsparcia. I na co, komu to potrzebne. Mówiła jak ma być. Bila, kiedy wydawało jej się, że nie dociera, że robię źle. Wymuszała swoją wolę. Nie pozwalała wyjść z pozycji, w której ma być córka, dziecko w układzie domowym. Gdy się zdarzała 'samowolka” siłą wpędzała do przeznaczonego dziecku pudelka. Bicie, dokuczanie, poniżanie okazywało się skuteczne, gdy natrafiała na jakiś opór. Była PANIĄ swojego dziecka. Ona tez kiedyś żyła w poddaniu. Ja też łamano. Dla jej dobra. Żeby pamiętała, gdzie jej miejsce. Świat patriarchatu, zdominowany przez zasady ustawiające kobiety w pozycji ofiary, która ma być w podporządkowaniu i z którą można robić co się chce.
Nie miałam wcześniej pojęcia z całego spektrum zjawiska patriarchatu, ustawień rodzinnych i społecznych wsi. Niby wiele wiedziałam, ale absolutnie nie to, co dotarło do mnie teraz. A może dopiero teraz odniosłam to do mojej babci, Mamy, do mnie?
Sprawić sobie przyjemność bez poczucia winy? Czerpać radość z życia? Pozwolić sobie tylko być?! Nie bać się? Nie do pomyślenia dla Mamy. I wierzyła, że tak jest i koniec. Takie jest życie. Świat jest straszny i niesprawiedliwy. Ludzie są podli, potrafią być bezwzględni. Mają siłę i tej siły użyją, kiedy zechcą, kiedy przyjdzie im na to ochota. Nawet bez zdania racji, dla poniżenia, z przewagi. Tak myślała i to mi świadomie i podświadomie przekazała.
Bój się! Poznasz życie! Zobaczysz, jak to jest! Nie sanujesz pieniędzy! – to słyszałaś i ja też to usłyszałam.
„List do Mamy (cd) …Całe Twoje życie Mamo było w uwikłaniu, w trosce i znoju. Ostro i bezwarunkowo przekazywałaś co uważasz za najważniejsze. Nie umiałaś szanować siebie i mnie. Dać sobie i mi poczucia ważności. Bo i skąd. W ogóle nie zdawałaś sobie sprawy z istnienia moich innych potrzeb. Byłaś pewna, że robisz co do Ciebie, matki należy jak trzeba. I według zasad, które miałaś wpojone – tak było. Może czekałaś na moją wdzięczność, miłość, a czułaś głównie niechęć i urazę. Dziś jest mi szkoda, że Ciebie wówczas nie rozumiałam. Że chciałaś żeby było mi dobrze. Zależało Ci na swojej i moje akceptacji otoczenia., na uznaniu. Ale przede wszystkim sama chciałaś przeżyć w tym trudnym świecie. Być może uważałaś, że jestem zagrożeniem, że mam poczucie wyższości nad Tobą, że Ciebie lekceważę, że nie szanuję? To bardzo prawdopodobne, że porównywałaś się do mnie czasami, albo myślałaś źle o mnie, że nic sobie nie robię z ojca, matki, z Waszych pieniędzy – tak mówiłaś .. 🙁 Znam to, ze swojego mrocznego repertuaru postrzegań zachowań i z zarzutów mojej Córki. 🙁
I ja też całe swoje życie starałam się przeżyć. Żyłam w nieustającym strachu, że znowu coś będzie źle, że będę musiała jawnie się za siebie wstydzić, że dożyję swojej klęski … Dzisiaj Ciebie rozumiem. Bardzo Tobie współczuję. Dotarło do mnie banalne: chciałaś dobrze, bardzo się starałaś i jak ja borykałaś się ze swoimi strachami, dręczącymi wzorcami myślowymi i uwikłaniem w życie, którego nie lubiłaś i któremu tak uparcie chciałaś sprostać. W sposób jaki znałaś. Stale w walce, znoju i poświęceniu. Generalnie bez poczucia spełnienia i satysfakcji. Tylko tak Ciebie wyuczono żyć. Byłaś pewna, że tą drogą zajdziesz do szczęścia, że los się do Ciebie wreszcie uśmiechnie…
Teraz wiem. Dziękuję Mamo za wspólną drogę.
Z miłością,
Twoja Córka „
Nie ma już rozdarcia pomiędzy rozsądkiem a sercem. Poczułam, że uwolniłam Mamę od siebie, od odpowiedzialności za WSZYSTKO, o co Ja obwiniałam.
