Niepokój, ciężar, mroczność, gęstość. Ostatnio znosi mnie i znosi na strefy, pasma, asfaltowe, smoliste autostrady, gdzie mściwość, zawiść, zawłaszczanie, okrucieństwo, konieczność obrony, strach przed przyszłością, i że coś mi się wydarzy, coś złego przyjdzie.
I zobaczyłam ten lukier, którym siebie posmarowałam kiedyś. Taką właśnie lepką otoczkę na powierzchni tego czego nie akceptuję, a jest pod spodem. Tę układność, złożoność, ładność, poprawność, przykładne staranie, uśmiechniętość, które męczą bardzo. Ale myślę, że nie widać spod niej mojej skłonności do oceniania, niezadowolenia z siebie, chęci ucieczki, odejścia, smutku i jednak zatroskania o kasę, i o to co przyjdzie. Walka. Spodziewanie się. Scenariusze martwiące mnie. Kolorowy, bławatny motyl. Mieniące się, lśniące perłową tęczą skrzydła ważki. Tęczowe kredki z muzeum Muncha. Teraz to zamieniam. Przemieniam w tęczowo-pastelowe lśnienie nitki sierpniowego, babiego lata.
