Podobno jest teraz tak, że światy się rozdzieliły. Nie zobaczyłam tego, ale ponieważ jestem sugestywna, to poczułam. Poczułam też, że moja odbierana, funkcjonująca w świecie tożsamość jest/była zadaniem do wykonania. Zobaczyć, uwolnić (ja to rozumiem, jak uwolnienie z kajdan, więzienia), transformować w miłość.
Jestem inna. Stabilna. Wyczuwam siebie jako rdzeń, ale wibrujący, kołyszący się na boki. Jest moc, łagodność, dobro, spokój i miłość. Nie są one jednak z tego świata.
Matt Kahn napisał:” jestem wszechobecnym życiem świadomym swego ciała; ja boskość ubrana w człowieka; jestem światłością w ludzkiej postaci; jestem niewinnym przejawem boskiej woli”. Nic tak dokładnie nie nazwało tego co (chwała Bogu) chciałam odczuć i to nazwanie mi pomogło.
Wyrazem Boskiej mocy jest to, że miłość ożyła w pięknej fizycznej formie. Tak odczuwam teraz moje ciało, włosy, narządy wewnętrzne i przestrzeń z energii, co życiem, wszechświatem w środku.
Oto ja jestem, ty jesteś, kwiatek, kot i moje wiklinowe łóżko. I tak chcę. Niech zostanie tylko imię. Wszak z łaciny znaczy beata,ae – błogosławiona, szczęśliwa.
Podjęłam taką decyzję, taka moja wola.
Dzięki zmianom, w których mam swój udział, dwa dni temu przyszła do mnie wiedza i czucie absolutnego niekochania siebie. Wcześniej o zamiłowaniu do afer, sensacji, a dziś rano uwalniałam dręczyciela.
Dać sobie kochanie jakiego nikt nigdy mi nie dał. Zatrzymanie w zachwycie nad swoim stworzeniem. Nigdy wcześniej tak nie czułam.
Spontaniczna transformacja Strachu.
Mój strach, gnębiący mnie robił co umiał. Chronił mnie. Chronił niewinność zlęknionego dziecka przed złym.
– Obudź się, obudź, a może idzie złe… Uważaj, bądź czujna, szukaj rozwiązania, ucieczki, schronienia. Boj się i nie przestawaj. – pamiętam ten cichy, pełen zlęknienia głos.
– Doceniam ciebie. Dziękuję za olbrzymi trud. Utulam i ukochuję i uwalniam ciebie z twojej powinności. Wystarczy. Niebo jest tutaj. Jest tu Bóg i twoje i moje wybawienie. Zwalniam ciebie z twojej służby. Chcesz być chabrem? Muślinową mgiełką, czy niebieskim migdałem?
– Chabrem, co piękny. Chcę, żeby ludzkie oczy chciały na mnie patrzeć, a serca się wtedy otwierały, nie zamykały. Chcę odpocząć. Tak chcę. Dziękuję za uwolnienie. Z całego serca słodko dziękuję.
– Bardzo tobie dziękuję za twoją pracę. Bałam się ciebie przeogromnie. Wybacz, że ciebie nie rozumiałam i odrzucałam. Niech tak teraz będzie, że tam, gdzieś był w moim ciele i pamięci będzie ulga, łagodność i złota łąka, aż płynąca chabrem. I choć nie dowierzam, że to czuję, ale tak – kocham ciebie, chociaż już ciebie nie wybieram w twojej dawnej postaci, bo wybieram już doświadczać tylko nieba.
Kiedyś odkryłam, że to nie Ksawery nie chce się ode mnie uwolnić, czy mnie uwolnić od siebie tylko ja wciąż i wciąż czegoś od niego potrzebuję. I to on pomógł mi (bezwiednie, jako osoba) zobaczyć to cale moje niekochanie siebie. Ostatnio znów potraktował mnie z lekceważeniem, pogardą, jak pył, insekta. I to jest dokładnie sposób, w jaki obchodziłam się sama ze sobą. Plus użalanie się, naciskanie na siebie, krytykanctwo, pastwienie się na sobie, gnębienie i niedawanie sobie spokoju. Straszenie siebie i co najprzykrzejsze sprowadzanie na siebie wyjątkowo ciemnych zdarzeń i ludzi. Jednak, jakoś szczęśliwie dotarła do mnie mądrość wszechświata i ujrzałam, co mi jakieś zdarzenie, ludzie pokazują – to co we mnie. Całe to oprogramowanie, które na mnie/we mnie.
Niepozwalanie sobie na spokój, miłość, na łatwe życie, na lekkość zarabiania, rozluźnienie, ufność, niewinność i oddanie wszystkich spraw, całego tego galimatiasu pod rozwagę ciszy, Bogu, wyższej inteligencji….
Ale dotarłam w sobie do pozwolenia sobie na całkowity luz, odprężenie i całkowity zachwyt boskością swojej formy – miłość – i nieidentyfikowanie się z narracją umyslu.
Kiedyś szaleniec w swoim szaleństwie szukał rozwiązania. To tak jakby policjantowi (który jest podpalaczem) kazać szukać podpalacza.
Szukałam rozwiązania w szaleństwie, jak każdy. Ale nie zyskałam teraz mądrości dla swojej tożsamości… Ta tożsamość służyła mi i działała bezbłędnie, dokładnie tak, jak miała działać. JA nie jestem nią. Moja mądrość nie pochodzi z nowszej wersji oprogramowania…Pochodzi z ciszy. Bo kiedy wszystko milknie pojawia się przestrzeń miłości. Ale to nie jest nic, to jest wszystko. Życie mówi samo przez siebie w ciszy umysłu.
***
Nigdy siebie nie kochałam. Czy kogoś kochałam? Pamiętam przejawy miłości jako dostrzeganie piękna, boskości w innej istocie.
– Czy kochałam swoją córkę? No cóż przyszedł w tym tygodniu czas na aż takie pytania. – Może tak być, że nie. Ale nie, przypomniałam sobie epizody, kiedy jednak czułam do Niej miłość.
Zdarzenie sprzed tygodnia – wówczas po raz pierwszy, świadomie zadałam sobie pytanie na temat mojego kochania własnego dziecka… Poczułam miłość. Tak. Jest czysta, akceptująca i wspierająca.
