A jednak jest znów coś, co chcę zapisać w mojej Kronice.
Otóż wiem, że moje fałszywe ja, moje ego, tożsamość – twór umysłu. To urojenie.
Przez kilka ostatnich dni poczułam coś nowego – dystans. Umiałam, „słysząc” narrację umysłu w głowie, lekceważyć co słyszę.
Poczułam wolność. Nie muszę słuchać – to nieprawda. Nie muszę się przejmować- to wymysły.
W poniedziałek pojechałam w sprawach urzędowych do Sandomierza. I bardzo mi się spodobało w mieście. Zachwycałam się, spacerowałam… Sprawę w urzędzie załatwiłam nie do końca, ale pomyślałam optymistycznie, że to drobiazg.
Wieczorem rozmawiałam z Przyjacielem i dzieliłam się swoimi obserwacjami i doświadczeniami z zakresu rozpoznania ego i prawdziwości czucia się energią, Źródłem.
I pierdut! Następnego dnia obudziłam się wcześnie, pomedytowałam, ale gdy wstawałam do dnia byłam już ogarnięta mrocznością.
Nie analizuj – czuj. Byłam i byłam w tej magmie, gęstej, nieprzyjaznej przestrzeni. Zdawało mi się, że jestem obecna. Spoglądam świadomością na ten pełen niepokoju obszar. I było coraz gorzej.
Ponieważ trzeba było dokończyć temat z urzędem – zabrałam się do działania. Szło trudno, co pogarszało moje czucie się. Nie do końca jednak zatraciłam się w podpowiedziach, ocenach i opiniach beaty (mojej tożsamości). Obserwowałam co się dzieje. Nagle ktoś ma do mnie dziwną prośbę. Oki. Mogę to zrobić. Zadzwonił telefon z propozycją, który mnie lekko zirytował. Potem kolejny telefon, nie w porę. Pani z urzędu postanowiła już nie odbierać połączeń ode mnie …
Wróciłam do domu zła, głodna. Zjadłam kilka kanapek. Nie smakowało mi. Zrobiło mi się bardzo zimno.
Starłam się być w kontakcie z emocjami, które urosły we mnie. Zadawałam pytania do ciała: co mi chcesz powiedzieć? Przeczuwałam, że uruchomił się jakiś schemat, program, emocja niezauważona dotąd i wyraża się przeze mnie. Odgrywa swoją historię. Spisałam schematy myślowe, emocje, przekonania, które mi się w odpowiedzi pojawiły. Starałam się je uwalniać, transformować. Narysowałam na nich zorzę.
Bardzo trudny czas. Oczywiście umysł podpowiedział mi, że moje zabiegi uwalniające są psu na budę. Niewiele z tego w praktyce. Dzieje się coś, nagle i niewiele rozumiem. I nie potrafię tego procesu zatrzymać.
Dzisiaj się zastanawiam: poniosłam porażkę? A może właśnie nie. Chociaż umysł już posumował – reperujesz się, uwalniasz, transformujesz, a jak przychodzi co do czego – nie umiesz sobie poradzić.
Zadźwięczało mi znajome: nie umiesz! Nie potrafisz! Nie uda ci się! z tych i innych zaobserwowanych programów i przekonań, które jeszcze dziś wylazły powstały dwa kolejne rysunki. Jeden to Źródło. Drugi, to błyszczący kwiat. Miała być stokrotka, ale namalowało się coś, chyba nieistniejącego.
Nie mam sympatii do tej swojej tożsamości. Cała ta długa historia beaty nie istnieje. Nie ma jej. Składa się ona jednak w całość.
Fajna dziewczyna. Złamana w dzieciństwie, nauczona tresurą i nakazami odgrywa rolę grzecznej dziewczynki, albo podporządkowującej się kobiety. Kiedyś bezskutecznie zabiegała o uwagę, o pochwałę. Dostawała podejrzliwość i krytykę i zawsze niską ocenę. Obwiniana o wszystko. Lekceważona i pomijana. Nauczyła się tańczyć i śpiewać zależnie od melodii i wytrzymywać rzeczy, których zwyczajnie się nie akceptuje. Zgadzała się, bo wydawało jej się, że to ją uratuje, albo da ostatecznie to, czego jej trzeba. Byleby był spokój. Byleby nikt niczego od niej nie chciał. Byleby nikt się nie czepiał. Starała się zarobić, zdobyć, wymyślić za innych. I mieć małe potrzeby. Umiała dostosować się do warunków. Nigdy długo się nie gniewała. Umiała pierwsza przeprosić. Chciała tylko spokojnie żyć, kochać, czasem śmiać się i mieć mało problemów. Poczuć sprawczość. Zawalczyć dla siebie i o siebie. Sięgnąć gwiazd! Dać sobie prawo do realizacji potencjału. Odważyć się wykorzystać naturalne predyspozycje i żyć korzystając z nich! Pozwolić sobie na wypoczynek, beztroskę. Nie zamartwiać się. Móc dospać do rana.
Finał (w aspekcie działania oprogramowania): skłonność do uzależnień i obsesji; mieszka sama; przytula się tylko do przyjaciół; kolejna firma, w której zarabiała jakąś kasę upada; nie wiadomo czy nie będę jej znów ciągać po sądach, chociaż nic złego nie zrobiła; nie zadbała o emeryturę; budzi się jak wariatka o 3 lub 4 lub 5, bo, że o szóstej to się już przyzwyczaiła; w psychoterapii od 30 lat. Ciągle pod nadzorem i kierownictwem krytyka, strażnika, żeby nie przekraczać linii; stale się zmieniać i naprawiać – to może, może…A z pieszczot – trochę dręczenia raz na czas, żeby sobie nie wyobrażać, że długo może być dobrze, nie odchodzić za daleko i szybciutko wracać na kurs.
No to tyle co mógł zdziałać system z oprogramowaniem, jakie mu/Mi wgrano. Taka kompozycja. Oczywiście jest olbrzymi uzysk i są pozytywy. Czuję, że one pozwoliły mi dotrzeć do mnie prawdziwej, do światła we mnie i zmienić bazę startową. Wcześniej wydawało mi się, że moje działania/praca nad sobą mają naprawić Beatę i dostanie wówczas chociaż trochę spokojnego, dostatniego życia i miłości – kiedyś.
Skoro jestem w s z y s t k o, to mogę czerpać z obfitości, nie z braku. Nie muszę się naprawiać – mogę to pożegnać. Obudzić się z iluzji. Jest tylko imię i energia.
Uff! I tak dotarłam do finału mojego wpisu.
Uroczyście żegnam się z historią Beaty, ze schematami myślowymi, całym oprogramowaniem i przekonaniami nabytymi w przeszłości. Wybieram nie pamiętać przeszłości. Wybieram zostawić siebie w spokoju. Pragnę umrzeć. Cały uzysk z transformacji, naturalne talenty, wyjątkowości Mojego Stworzenia zabieram do Nowej Ziemi.
Mój umyśle: taka sobie historia. Spójna.
Chciałabym napisać, że nie interesuje mnie przyszłość, ale nie jestem jeszcze na to gotowa.
