Kwietniowe dzianie się…
Regularnie słucham aktualizacji sytuacji na przestrzeni Moniki Rajskiej…
Obecnie: „Koniec starego schematu. Rozpad starych wzorców. Wszystko co chce utrzymywać coś nieprawidłowego będzie fałszować rzeczywistość. Nowe początki odczuwalne.”
To co poniżej – napisałam 5 kwietnia. To bunt. Dziś jest 15 kwietnia i faza buntu nieco osłabła. Generalnie to jest przeplatana Obecnością, Bezumysłem, „złym czuciem się” i konstruktywną kreacją. W międzyczasie byłam w wielce pouczającej podróży na Cypr.
A 5 kwietnia było tak:
Eksplozja kwietniowych zdarzeń! Do zawirowań zawodowo-finansowych doszła choroba Safonki (mój kotek) i moja. Jakby tego było mało – olśniło mnie (jakkolwiek by to nie zabrzmiało po latach pracy własnej i 100 wpisach w Kronice), że te wszystkie lata naprawiania siebie (transformowania siebie) były??? o tyłek roztrzaskać!
Po pierwsze dlatego, że wciąż okazuje się, że mam coś do zmienienia! Że tak niewiele zrobiłam! Że fundamentalne schematy wciąż są. Mało tego – nie docierały do mnie całą tą swoją mechaniką/dynamiką!!! Co daje mi (przy okazji) podejrzenie, że mam raczej chorobliwą kompulsję pt. naprawianie siebie i szukanie w tym wsparcia na zewnątrz :-(.
– I tak mi zeszło na naprawach całe życie a i tak gówno osiągnęłam – Hahahah!!!
Po drugie: rozjaśniła, wyostrzyła się treść że ja działałam przez jeden pryzmat: *jestem niewystarczająca; *nie zasługuję; * nie należy mi się; * lepiej się nie pokazywać, być niewidoczną; *to przez ciebie; *to twoja winna…
Przekonania, co w konsekwencji zbudowały (nie tylko u mnie przecież) niechęć do siebie; wstyd; samokrytykę; autoagresję…
Taki schemat porzucenia siebie; lekceważenia siebie; braku szacunku dla siebie. Całe to ignorowania siebie i swoich potrzeb. Taki, chyba mechanizm obronny. Bo brak emocjonalnej obecności mamy, taty…to brak więzi a brak więzi to dla maleńkiej istoty zagrożenie życia, przetrwania. Trzeba więc było zawinąć do siebie negatywne emocje rodziców. Żeby przeżyć – wziąć je na siebie. I tak w małej beatce, jak kiedyś w małej jasi, tomku i anielce (w Ja dziecka) zawiązały się emocje z grupy: * to ze mną coś jest nie tak (nie w mamie…)
A żeby jakoś żyć, przeżyć lub może nawet zasłużyć na bycie kochaną: *muszę się zmienić; *muszę się dopasować; *moje emocje są problemem; *bliskość jest niepewna, ryzykowna; *; *miłość może boleć.
– I czego ja mogłam zaznać z pozycji poczucia winy, złości i krytyki?! Wyć się chce.
Ten pryzmat jest moim podstawowym mechanizmem tworzącym; obrazem siebie, świata, relacji. To z tego wzorca wszystko powstawało, się tworzyło. I na dobrą sprawę, to i j a t o t e r a z rozumiem, rozpoznaję… Sukces, prawda? hahahah
A czemu, qrw dopiero teraz?! Przez lata mozolnie pracowałam na tylu frontach i dziś sadzę, że byłam w fałszu/iluzji, niewidzeniu, nierozpoznawaniu Prawdy. Patrzyłam oczami schematu i działałam rękami, mechanizmami schematu. A właściwie, to o n działał. „Mnie”, żadnego „ja” tam nie było. Beata Niepoczytalna. Super qrwa!
Jakoś się ta układanka układa. To raczej tak właśnie jest. To wszystko.
Tylko co ja mam z tym teraz zrobić?!
– Czy to jakieś wielkie odkrycie? – gdyby ktoś zapytał – nie, przypadek. Rolka na Instagramie reklamująca szkolenie z rany odrzucenia. Takie oto kilka zdań, które do mnie dotarły.
I wcale nie jestem pewna wniosku (co do mnie przyszedł), ale go zapisuję: miałam dotknąć tego całego bólu o d r z u c e n i a m n i e; p o r z u c e n i a s i e b i e; absolutnej n i e m i ł o ś c i; bicia; porażek w każdej dziedzinie życia; chronicznej niemożności realizacji, braku sprawczości; ciągłego odkładania na później robienia tego, co czułam, że mi bliskie; strachu o siebie – żeby rozpoznać i puścić, rozpuścić ten schemat/wzorzec.
Uwolnić co zatopione w pleksji? Nie trzymać tego. Puścić. I nic złego się nie stanie. Wolno mi już pożegnać stary program. Jest już bezużyteczny. Nie nadaje się. Szmaragdowe światło! (zamyślona buźka)
Brzmi bardzo, bardzo, ale niewiele postawię na to, że tak jest. Bo za chwilę może się okazać, że powód jest całkiem inny. Co nie zmienia faktu, że wszystko działo się wokół mnie z programu, który wybierał ludzi, rzeczy i zdarzenia tylko pasujące do niego. Taka rzeczywistość była wokół beatki. Bez szacunku, uznania, miłości i ze strachem, wykorzystywaniem i bólem. No bo jak inaczej?! Jak?! Ja to zobaczyłam teraz i rozumiem logikę.
I na nic były moje naciski, upór i działania, żeby zmienić to co jest, odczarować obraz w lustrze. Opór. Rozpacz i brak akceptacji dla tego co jest Bo skąd miałam wiedzieć, że trzeba inaczej!? Energia szła w umacnianie wzorca. Ból, płacz, krzyk, przemoc, nienawiść, pogarda, złość, uzależnienie.
Zinternalizowałam wszystko co odczuwane, słyszane od mamy, taty. Stało się „mną” i „moją historią”. Nienawidziałam siebie, mojego życia, tego, że się nie układało jak miało. I jednego byłam pewna: chcę zmiany, chcę inaczej!!! Oszukiwałam sama siebie uznając małe chwile spokoju, powodzenia jako znak, że zmieniam swoje życie. Aż do kolejnego pierdut. Udawałam, wtedy nieświadomie, widzę, że udawałam, bo w środku to było bagno, krzywe zwierciadło i samounicestwienie. Tak to dzisiaj widzę. Zobaczymy co napiszę za rok. Hahahha
Pamiętam, że bałam się dnia (życia) tego co przyniesie. Że znów się coś wypieruni i będę cierpieć. Chociaż tak bardzo się starałam. Pamiętam, że czułam, że to nie ja wybieram! Ja to wszystko pamiętam. Bałam się tego, kto m n ą z a r z ą d z a ł. Nieprzyjaźnie. Życie sprawiało ból. I bólu to ja qrwa miałam zawsze po kokardę!
Nadal się boję tego programu. Może to, że rozpoznany coś da. Oby.
Oto ja ugrzeczniona, pilna, pokorna uczennica – taka przygłupawa przy tym.
Uczyniłam pracę nad naprawą siebie misją swojego życia. Ooo i nawet sukcesy zauważałam. A tu pierdut. (Trochę generalizuję, bo pewnej świadomości jednak nabrałam).
A może…? A może tak wiele „tego do odgruzowania” było? Może nie było szans wcześniej nic zobaczyć? Może ja wyjątkowo infantylna, ugrzeczniona, zafałszowana, zatkana programami byłam? Podobno wtedy żyje się i czuje się funkcjonalnością – w odróżnieniu od „jestem i tylko dlatego, że jestem – jestem godna, warta, istotna i zasługuję na szacunek, na wszystko co najlepsze zasługuję/mi się należy.
Mozę tak być. To bardzo możliwe.
I tak pojawił się w niedzielę zmartwychwstania wqrw.
– Nie dam już rady dalej! Ja już nie chcę tak! – i nie jest to opór, ale bunt – ot spierdalaj! A właściwie to – gówno mi już na tym wszystkim zależy. Nie chcę za tym iść dalej. Porzucam ten pryzmat. I bardzo chcę już się w nim nie obudzić. Szczerze!!! Jest, był przez całe „moje życie”. Bolało bardzo. Musiałabym być szalona, gdybym nadal go chciała. Nie chcę. I mam nadzieję, że ktoś mnie słyszy! Qrw, ile można mnie próbować i tresować?! nawet jeśli jestem tylko awatarem – to ten awatar ma dosyć doświadczania tego okropieństwa poprzez niego!!!
– Piszę teraz ze środka siebie. Nie wiem czy to ego pisze, czy jakaś mądrość? Może to kolejny kanał? I tak być może. W moim beznadziejnym 'byciu tutaj” to możliwe. Ale tego też musi być jakiś koniec. Za mało informacji jeszcze zebrałam?!
Nigdy nie opieprzałam Boga. Teraz bez wątpienia jest to generalny opieprz. I niech mi nikt nie mówi o zgodzie na to co jest! Nie chcę tego co jest! Tej całej qrwa „historii beaty”, ciągu dalszego zdarzeń i odczuć wytwarzanych z przekonań i schematów, które mi towarzyszyły i niestety raczej towarzyszą do dziś. Mam na tyle dość, że już niczego nie chcę! Niczego! Nawet tego dobrego. Teraz wcale w to nie wierzę, że tutaj w tym „moim wymiarze” to dobre jest możliwe.
– No co? Obudzę się któregoś dnia i stwierdzę: ooo udało mi się; zapracowałam; ufff wreszcie, grzeczna beatka zapracowała na swoja nirwanę, na kontakt z istnieniem! – Nie chcę się czuć grzeczna, posłuszna, karna, chętna do kolejnych zmagań i pokonywania trudów.
A skoro nie daję rady na stałe czuć się energią i istnieniem, to co ja mam jeszcze zrobić!? Nie mam sił na kolejne mozolne starania! i niech mnie coś pochłonie! Niech mnie coś wchłonie. I wolę, żeby już nie było żadnego kolejnego doświadczenia. Ile razy mam to powtarzać? Nie chcę już!!!! Teraz nie chcę już!!!
Na tyle mnie stać TERAZ! Na NIE! Mam też pewien żal (tylko nie wiem do Kogo???) o to trudne doświadczanie. Tyle mozolnego starania. tyle pracy. tyle prób naprawy siebie. Nikłe przyjemności z życia. I marne tego efekty. Odmawiałam sobie prawie wszystkiego co dobrem i co miłością.
Troska, uciemiężona, stale w strachu. Dla kogo to się działo?!!! Dla kogo ja pracowałam?! I nich się to już skończy. Nie wybieram już ani chwili bólu, cierpienia i starania. Chcę być radosna, beztroska i wolna. Chcę się obudzić z nadzieją, a nie z niepokojem i gotowym skaningiem co jest nie tak i gdzie jestem nietaka. Bo taka była większość moich rannych przebudzeń.
Doszłam qrwa do ściany. Mam dosyć pracy nad sobą, niekończącej się pracy i wszechobecnych treści i rad osób co jeszcze mam zrobić, żeby wreszcie … I tej biednej zatroskanej, wciąż pracującej nad sobą beatki, doświadczanej, która wciąż w mozole i pokonywaniu przeciwności i samej siebie, w porażkach jednak i w doświadczeniach….
– Ale wiosna przyszła – taka radość mała – i mam na chleb. Ojej, jak dobrze – infantylny uśmiech małej idiotki w tle.
Qrwa mać!!! Ile można to znosić i tego nie widzieć?! (Będąc w programie nie widzi się tego podobno.)
Zrodził się teraz, w tej chorobie – bunt olbrzymi we mnie; nie chcę już tego doświadczać. Albo niech TERAZ przełączy mnie na Obecność, czucie łączności z Bazą, boskością (nie chcę słyszeć ani czytać o tym, co jeszcze mam zrobić, co robię źle – a wciąż mi nie wychodzi), bo „ja” zasłużyłam, zapracowałam już qrwa na finał.
Zasłużyłam swoją bardzo ciężką, mozolną pracą na finał!
Albo, albo. Jest mi wszystko jedno na jaki: albo stała Obecność Energia i Światło, którym raczej wiem, że jestem naprawdę – albo niech mnie ktoś stąd wyciągnie TERAZ.
Nigdy tak się nie czułam jeszcze. Jestem pusta. Chcę się czuć nicnieznacząca i nicniemusząca. Jest mi wszystko jedno. Nie chcę mieć już żadnych osiągnięć. więcej. I niech już nic, ani nikt niczego ode mnie nie chce – nigdy! Nie chcę już robić niczego dla żadnej sprawy ani osoby. Ani siebie naprawiać.
Chyba, że to „ja” ciągle, z tego szaleństwa (spektrum programu * nie zasługuję; *nie należy mi się; *; *jestem niewystarczająca…) robię blokadę i sobie na tę ulgę z powrotu do domu, na Obecność, na czucie się Światłem, prawdziwą Sobą nie pozwalam, bo tak kocham cierpienie i bycie „nikim”??? A może boję się, że gdy puszczę zacisk na gardle, to skończy się ostatecznie szansa na wyciśnięcie miłości mamy, uznania taty…?
Nie wiem.
Teraz mi tak przyszło i tak być może.
Pomocy! Nie umiem tego zmienić, a tak bardzo pragnę uwolnić siebie, puścić jarzmo i poczuć Pełnię, Spokój, Dom.
