Prawie wcale „mnie” nie było.

18 kwi 2026

Tak. Ostrzegam. Nie lekceważcie swoich programów. Koniecznie trzeba je rozpoznać.

Tekst zaczął się pisać 17 kwietnia. Musiałam siebie wesprzeć. Podobnie jak 5 kwietnia. Atak fundamentalnych programów.

Dziś czytam o kolejnym zjawisku energetycznym coś zamykającym i otwierającym jednocześnie, które miało wczoraj miejsce. Zakładam, że wyrzut i bardzo spójne widzenie głównych programów jest z tym związane. Nigdy wcześniej nie miałam takiej jasności, całościowego ich widzenia.

Dziś, na ostatnim odcinku życia, ze smutkiem stwierdzam, że nie doceniałam mocy tych mechanizmów. Ułożyły całe „moje życie”. Chociaż, nie. Żadnego „ja; moje życie” w nim nie było. Kto to żył?! Przerażające!

Zatem co mnie naszło 17 kwietnia:

Mała dziewczynka  bardzo  się  bala mamy i taty też, chociaż jego może trochę mniej.

Wyśmiewana. kontrolowana. Wciąż coś na nią mieli.  Oceniana i krytykowana. Krzyczeli na nią, surowo traktowali i obwiniali za to, że sprawia kłopoty, że włosy jej się nie kręcą, nie przeskoczyła klasy, robi błędy ortograficzne i ma „nie takich” znajomych i mięsa jej wychodzą na pupie, bo jest za gruba.

Regularnie padała ofiarą złego humoru mamy i taty też. 

Życie się mamie nie wiedzie, bo ona to i tamto zrobiła, albo nie zrobiła, a powinna. 

Bo, skoro już przyszła na świat, miała żyć, żeby sprawić mamie radość a nie przysparzać trosk. Być wdzięczna, pokorna i posłuszna. Słyszała i widziała, że jest gorsza od innych dziewczynek. Mama powtarzała, że jest za gruba, brzydka, ma brzydką cerę i niewłaściwie myśli i zachowuje się. Ciągle coś było źle. Chociaż się starała i bardzo uważała, żeby robić tak, jak mama chce. Generalnie była niewydarzona. Do tego wciąż za mało skupiona na zadowoleniu rodziców, na ich dobru i wdzięczności za ich krwawicę dla  niej przelewają. Biedna i głupia, bo to mirowskie nasienie jest.

Prawie co wieczór była awantura po odpytywaniu z lekcji. Wyzywania, że jest nie nauczona. Strona w zeszycie brzydko zapisana była rwana. A ona zwyzywana, zmiażdżona krzykami oskarżana o nieudane życie mamy próbowała się tłumaczyć, ale głównie płakała z bólu i żalu nad sobą.  Jej płacz kończył się łkaniem. Zostawała przy odrabianiu, poprawianiu lekcji, aż jej pozwolono iść spać. Tata nie reagował. Nigdy jej nie bronił.   Łatwo się mamie (i tacie też czasami) ją biło i poniżało, wyśmiewało z niej i drwiono z jej odpowiedzi, reakcji. Złośliwości były na porządku dziennym.

A najsmutniejsze, że potem musiała się położyć obok oprawcy.

Pielęgnowano w niej wstydzenie się siebie, nieufanie sobie i pamiętanie, że sama to nic mądrego nie wymyśli. Musi się potem  radzić w życiu, bo targają nią wątpliwości. 

Trzeba ją stale sprawdzać, kontrolować jakby z gruntu była zła, wadliwa, nieuczciwa. Pilnować i sprawdzać. Przeszukiwać tornister, czytać pamiętnik, sprawdzać tytuły książek z biblioteki, ograniczać oglądanie popołudniowych programów w telewizji.

Liczenie zakupionych cukierków i awantura, że ileś tam zjadła. Odczytanie z wanny, że zrobiła sobie kąpiel podczas nieobecności domowników, bo zamiast się uczyć pozwalała sobie na jakieś przyjemności. Kara. Tylko obowiązki. Lista zadań do zrobienia na każdy dzień wakacji.  A jak czytać to głównie lektury!  

Dziewczyna jest z natury skłonna do pójścia w niemoralne prowadzenie się. Jest tą gorszą, niewdzięczną płcią.  

Rozumiem, że to przekonania o życiu, schematy myślowe mamy. To ona miała takie marne podejście do siebie i siebie miała za nic. No i co?  Dziś już wiem, że dziecko zawinęło je do siebie. Żeby się zsynchronizować z najbliższym, dającym przetrwanie środowiskiem, z mamą, żeby móc ją dalej mieć, żeby przeżyć.

Czyli powstała tożsamość zlęknionej, wadliwej, nic nie mogącej, brzydkiej i mającej siebie za nic istotki, która, żeby jakoś przeżyć dostosowywała się, przymilała a w środku użalała się nad sobą  i nienawidziła tego jak jest, ale w ciszy się z tym godziła, podporządkowywała. Bolało, cierpiała, skrywała gniew i chciała mieć sprawczość i móc decydować. Móc zmienić swoje życie i fizycznie wyzwolić się z kajdan mamy, domu…

Ostatecznie nawet fizycznie jej się nie udało. A całą tożsamość mamy i taty wzięła ze sobą.

Oto gotowa instrukcja obsługi beaty. Wystarczyło jej się trzymać. Programy i przekonania, schematy myślowe, dręczący, przywołujący do ‘formy’ głos w głowie to gwarantowały.

Rodzice i inni ważni mają pokazywać dorosłej istocie jak bardzo czuła się/jest nieważna. Nikim się czuć. I tak być traktowana. Życie jej – to życie niewiele znaczącej jednostki, która ma znać swoje miejsce i którą trzeba pilnować, żeby z tego miejsca nie próbowała czmychnąć. Ma nie wierzyć w siebie. Być podatną na zewnętrzne lub myślowe osłabienie. Trzeba komponować jej życie i doświadczenia z elementów z jednego koszyka. Wszystko ma być z tym zgodne.

A jeśli coś miałoby być odmienne, jak np. wyróżnianie jej, zauważanie urody, talentów – wystarczyło dać sygnał, do bagatelizowania Zresztą to nie było trudne, bo ona i tak do końca w to nie wierzyła od początku. Czasem daje jej się sytuacje uznania, ale albo jako przynętę, albo jako jednostkowe, szybko znikające chwile – nie miała mieć czasu, żeby się przyzwyczaić do dobrego. Np. zawsze dobrze pisała – no i co z tego? To taki nieważny drobiazg. 

Program realizował ogólne: lepiej żebym nie była widoczna. Chociaż marzyła o tym, żeby się podobać i odbierać uwielbienie, zachwyt sobą. W końcu zostawała z osobami, którzy zauważali jej wady. A mama uczulała na to. Ukrywaj swoje wady, bo jak ktoś je pozna, to koniec. Więc ma zgodnie z tym być niewidoczna, bo przekonanie ze środka promieniuje wiedzą jaka przecież jest naprawdę.

Miała nie szanować siebie i nie być szanowana. Tylko rodziców i….rodzinę. Ale respekt czuć przed ważnymi. Oooo i to koniecznie. Oni są ważniejsi od niej. Ma dbać przede wszystkim o ich dobrostan. Nigdy o swój. Pamiętać: jak ona, on będą zadowoleni, to i jej coś skapnie.

Uczyć się od innych, naśladować, kopiować. Bo taki nikt, nie umie, nie potrafi żyć, podejmować dobrych decyzji…

Nie ma granic, więc  można jej zrobić, co kto chce. I tak ma być. Łatwo jest przymusić ją do posłuszeństwa. Wystarczy stawiać obok mocnych ludzi, manipulujących, nie szanujących jej i szybciutko się ją łamie. A przecież potrafi być użyteczna i na zadowalaniu innych ma się skupić. Sobie coś może zafundować, drobiazg jakiś, ale malutko i cichutko. Nie oczekiwać niczego od bliskich, ważnych. Absolutnie. Dbać o ich zadowolenie tylko. Oni doskonale wiedzą co i jak mają zrobić. To silniejsi, mocarni.

Zagwarantować banie się. Strach. Nasłuchiwanie czy ktoś nie nadchodzi, nie zadzwoni, czy list jakiś przykry nie przyjdzie. Utrzymywać  przyzwyczajenie, że zazwyczaj jest źle, do życia w opresji. Chwile spokoju, owszem, ale nie za długie.  Mogą być np. ciszą przed burzą. Żeby się nie przyzwyczajała. Taki jest ten program. Opresja. Stan okupacji. Niewola. Ty poddana. Inni, ważniejsi, silniejsi, sprytniejsi rządzą. Sprytne kobiety mają super facetów i rewelacyjne życie. Ona nie.

No i dobra – niech się boi. Tak ma być. Mama mówiła – bój się – przykładając jej pięść do twarzy. Aaaa i – u mnie nie kupić. Często zaciskała z nienawiścią zęby i  dłoń grożąc.  Teraz sama siebie nienawidzi i zaciska zęby oraz pięść na siebie. No, bój się! Albo nastąp się. 

Była pomiatana, więc pomiatanie jej trzeba zagwarantować. Jest w pakiecie usług dla: nie jestem warta; nie należy mi się; jestem nieważna. Ma obowiązki i bardzo mało praw. Niewiele jej się należy. Ma być odrzucana, niechciana, krytykowana, okłamywana, zdradzana. Ona i tak będzie się starać o to, żeby jakoś ktoś z nią wytrzymał i z pokorą, w poniżeniu i uniżeniu i z gotowością do poddania, pokoju będzie wiernie stać w drzwiach, w oknie. I czekać na to, żeby ktoś przestał się gniewać.

Mama, mąż, partnerzy, dwóch przyjaciół – ostatecznie nikt nie przyznał jej racji. I o to chodziło. Nie ma wartości. Jej racja jest niewiele warta?

A, że jest niewiele warta niewiele musi mieć. Tylko podstawy: dach nad głową, jedzenie. Nic więcej jej nie należy dawać. Nie potrzeba. Chyba, że czasem ważni zdecydują o, że jest święto  i dostanie coś więcej. Ale tyle i  szlus.

Znajome warunki to, że dla niej nie trzeba się starać. Ma wytrzymać, jak jest. Może spróbować się wyzwolić, ale ponieść musi konsekwencje. Jak to tak? odejdź, ale z nikczym. Ma znosić traktowanie, które wygodne dla ważniejszych. Da radę.  Nie musi  mieć dostatku, wygody, przyjemności. Podstawa tylko. Jest przyzwyczajona, że to nie ona decyduje o tym, ile czego dobrego dla niej. No i  zero poczucia bezpieczeństwa jej trzeba zorganizować.

I podstępne, ciche strachy. Oooo to działa na nią. Jest wtedy złamana, nie śpi, produkuje scenariusze. Boi się, nienawidzi swoich oprawców. Tak ma być. Oddaje wtedy mnóstwo energii. Fajnie.

A obok takie dobrotliwe Grażynki, co dadzą współczucie, ulitują się. Protekcjonalne. Z politowania.

– Wakacje? A my co? Szczury zostawia a sama sobie z córką jedzie! Jak możesz?!

Tak, tak to dobre. Takie dla niej dawać.

Jako gorsza ma być bita, bezbronna, osamotniona i w bólu.

– Wystarczy, że jesteś i mnie chcesz. Czuję, że nie ma co sięgać wyżej. To nie moje progi.  Może wytrzymam swoją niedolę. Może dam radę w tej pracy, z tym partnerem. Dobrze jest. Ona nie może mieć możliwości postawić żadnych warunków.

Coś jej jest nie tak? Wyraźnie się na coś nie chce zgodzić? Wystarczy postawić przed nią człowieka, który z naciskiem postawi opór, wyśmieje, powie Nie i zrobi jak zechce, zostawiając ją złamaną.

 – Dostajesz dokładnie tyle, na ile zasługujesz. I cichutko!!! 

Trzeba wszystko tworzyć tak, żeby było zgodne z nadrzędnym programem: Nie zasługujesz na szacunek, na przyjemność, na obfitość. Pieniądze ci się nie należą. 

– Coś się wydarzyło? Ojej, pewnie powiedzą, że to moja wina. O boże co to będzie? jak tu żyć, żeby rodzice byli zadowoleni? On będzie zły, niezadowolony. Zemści się.

Jak jej, to nieważne, można używać, korzystać. Nie zgadza się, płacze? ojejku, jakże mi przykro. I tak sobie wezmę – hahahah.  Wystarczy, jak mama wyśmiać, zlekceważyć i gites będzie. Dobra robota.

Na nią można zrzucić odpowiedzialność. Taki nikt, Nadaje się na kozła ofiarnego. Wpakowywanie jej  w sytuacje, które na początku wydają się być super, bo jest sprawną funkcjonalnością. Potem nie trzeba jej pokazywać/udawać, że jest w nich szanowana. Jest przyzwyczajona do  wykorzystywania. Do ciężkiej pracy i bycia w niej surowo ocenianą, lekceważoną, obrażaną. I tak w nich zostaje, bo to znajomy klimat a ona boi się upomnieć o siebie i  powiedzieć NIE. Musi zarabiać.

Porzucana. Ma być porzucana. Jak trędowata, gorsza. Powinna to zaakceptować, bo przecież wie jaka jest i jak z nią jest. I tak ma być. Jak w domu. 

Na pewno jest niemoralna. Na pewno. Karać, wyzywać i bić można do woli, Wyładowywać się, wykorzystywać ją.

A to co jej (samochód, pieniądze) dla siebie. zabrać.  Manipulować. lekceważyć. 

Nie myśleć o jej potrzebach. Coś się zmalowała przeciwko niej – wystarczy nią zakręcić i zrzucić odpowiedzialność na nią. Bezkarnie. Przecież to nikt.

Nie smakują kotleciki? Mam upiekła, a dziecko co? Jakieś dąsy. Wełna nie wełna byle była dupa pełna. Wyśmiewać, poniżać. Ulżyć sobie na niej. Czemu nie? A kto zabroni? Przecież ona, to nikt. 

Nadzorczy schemat działa w pozycji: niczego wyjątkowo dobrego dla takiego kogoś nie trzeba. Wystarczy byle jakość. Sztuka wystarczy. Ochłap wystarczy. Można się nie starać dla niej.  Trzeba pilnować, żeby w dorosłości były takie okoliczności jak w domku. Ma mieć wciąż i wciąż potwierdzenie, że jest nieważna i mieć siebie za nikogo.

Program gwarantuje oprawców, katów, okrutników, którzy trzymają styl.

Wybieram dla niej wykorzystywanie. Zadam jej ból.  Zaprojektuję sytuację, w której będzie niesłusznie  oskarżana. Zlekceważę. Dam poczuć, że godne, wolne, beztroskie życie – nie. Zafunduję jakieś kolejne troski, lekceważenie, nienawiść, mściwość. Uwikłam ją w czyjeś mgliste sprawy. Będzie się bać. Super. A teraz dam jej pouczanie przez innych. To głupki są, ale ją zaboli, wzburzy.

Ona marzy o tym, żeby mieć ich siłę. Sama ocenia. I jest krytyczna. Obgaduje. Kłamie. Poucza. Tak by chciała móc tak rządzić jak oni, być taka bezwzględna, mieć w dupie i nie bać się kary i mieć obok takie starające się, podlizujące, płożące się coś. Co tylko czeka na wrzucenie kawałka ze stołu na podłogę. I już służy wdzięczne za ochłap. Bo Pan zadowolony i łaskawy dzisiaj.

Oto zdarzenia spójne, kompatybilne.

Oto jak awatar, ego siebie widzi naprawdę  i traktuje. Całe życie w programach. Ale nie widzi się, kiedy się w nich jest.

Program robi to rękami, słowami, zachowaniami ludzi, co ich do tego wybiera.  To „ja”, ale fałszywe „ja” – najlepiej napisać, że program, mechanizm! Obca klisza, bo nie ma sensu z niej wywoływać żadnego ‘ja”. Tylko algorytm, potwór. Świnia taka. 

Manifestuje się jak straszydło, które pilnuje żebym nie wydarła się na wolność i wciąż pozostawała w zatroskaniu, spodziewaniu złego, co wychynie zza krzaków. Nie należy mi się obrona ani wsparcie w obliczu przemocy, złego obchodzenia się ze mną.  W domu nigdy nie dostałam pomocy, wsparcia. Nie mogłabym nawet o tym zamarzyć, więc w życiu sobie je odbieram, gdyby ktoś się zapomniał. Dawałam sobie uwagi, krytykę, ataki, pogardę i odrzucenia. Stworzyłam dla siebie piekiełko porównywalne do tego, które było w domu. 

Spójni z algorytmem, wyszukani ludzie, pracodawcy, przyjaciele i partnerzy, którzy idealnie do tego pasowali. Najbrzydszy dom. Brzydkie mieszkanie. Zimne warunki do mieszkania. Technikum budowlane, które stało się szkołą mechaniczną. Mieszkanie na studiach: brudne, beznadziejne, ale tanie. Niewspierający rodzice. Żadnej zachwycającej, dbającej o mnie miłości. Na męża wybrałam starszego, którego się wstydziłam, czasem odrażał mnie.  Kazałam sobie i swojej córce  mieszkać w okropnych warunkach. Mąż, nie szanował mnie. dbał o to, żeby mnie nie trzeba było utrzymywać –  ale dałam radę z nim. Dosłownie to skomponowane takie małżeństwo, w którym nie miałam być ceniona, szanowana, bez potrzeby, godności. Do wibracji mechanizmu pasują okropne warunki do mieszkania.

Jak bardzo trzeba mieć kogoś w dupie? jak bardzo trzeba kimś gardzić, żeby dla niego tak wybrać? Cóż, może to martwy algorytm tylko. Zresztą wcale się nie emocjonuję pisząc to wszystko. Opisuję. Charakteryzuję.

On nie ma, nie zawiera prawa do spokojnego, bezpiecznego, godnego życia. To stawianie siebie w pozycji: nie zasługuję. Pieniądze, spokój finansowy  się  nie należą, osoba myśli, czuje, że nie zasługuje, więc trzeba położyć  firmy, w których miała godziwe warunki zatrudnienia, w których lubi pracować. I niech ja jeszcze wciągną w swoje sprawy. Przesłuchania na policji, prokurator, sąd. Ja pierdole. To jakby mszczenie się za jakiegoś siebie na osobie.  Jak się ma taki program, ma się mechanizm samo degradacji, zniszczenia. Wokół morze oprawców.

Ma jej być niemiło, w kłopotach. 

Kiedyś oskarżano mnie dowolnie o co się chciało dla zrzucenia z siebie złego czucia się. I siadło. Zapisało się. Później trzeba było utrzymać kurs i wybierać dla mnie to samo. Oskarżenia o to, że nie należą mi się pieniądze, które dostaję od rodziców. To później kontynuacja i mąż  ich skąpił, partner to niech wręcz okrada. Trza pilnować i  odebrać spokój, bezpieczeństwo finansowe, głęboko w środku działa przekaz, że się nie należy dostatek, obfitość dobra. Ma być jak w domu: jakby była chodzącym „nieuczciwym”. W domy była postrzegana jako kłamczucha, kombinator – no to dalej z tym ciśniemy. Ma być odbierana i traktowana jak  kombinator, krętacz, chociaż realnie jest tak głupia, że nie potrafi nie tylko zarobić, wymyślić i zrealizować, ale też oszukać. Ale rodzice ją oskarżali bez zastanowienia i łatwo ją  teraz wpakować  w sytuacje, które to jej gwarantują. Są spójne z tamtym obwinianiem jej.  To jest spójne. 

Wymyślam sobie różne ważności, ale generalnie trzymałam siebie za twarz, żeby nic stałe cudownego, miłosnego, obfitego nie trwało zbyt długo. Wszystkie związki wybrałam jako idealnie mnie poniżające, pełne przemocy, bólu, niesprawiedliwości, wysiłku i biedy. Zdrada. oszukaństwo. traktowanie jak gówno. Poniżenie. Niedocenianie. Bieda. bardzo trudne warunki do życia. Dużo trosk. Niepozwalanie  jej na dzianie się przyjemności, na radość, na beztroskę. tak było spójnie. 

Zagrożenie przetrwania. banie się o siebie. jedna wielka porażka. Takie życie  komponowane  ludźmi, którzy gwarantowali poprawny efekt.  Kompatybilni z rodzicami. Wciąż trzymani w życiu (Są gwarantami spójności), Podobnie zagadnienia, sprawy, które trudne, np. odbierając sobie pieniądze. 

Najczęściej marzy o śmierci. już chce tylko żeby to się skończyło. Ta gehenna. Żeby ten koszmar przeciąć. czasami pojawia się nadzieją. ale generalnie, to jest do dupy. Skomponowała dla siebie warunki zagrożenia. bardzo trudne, które dzień pod dniu znosi przez 60 lat. Cały czas stoi  straż, żeby nic co cudowne, uwalniające się nie prześlizgnęło i na dłużej nie zostało. Nawet jeśli ktoś ją pokocha, to szybko ma  skrzywdzić. 

Ostatnia praca – wstydzę się, że nie odeszłam wcześniej – ale musiałam utrzymać to, żeby być w zatroskaniu i strachu.

Jak bardzo trzeba kogoś nie znosić? Jaką pogardę  mieć dla tego kogoś, żeby mu wciąż i wciąż wymyślać takie doświadczenia. Nie pozwalać mu na spokój, na uwielbienie, na obfitość. Jest w klatce. W niewoli. Na straży okrutnik. 

A może nad stanem rzeczy, w którym dziecko miało ukrywać siebie i swoje potrzeby, żeby przeżyć czuwały właśnie te inwazyjne lub obronne programy stojące jak strażnicy u bram, pilnujący bezpieczeństwa dziecka, jego uległości, niewidzialności, żeby je ochronić przed złym światem.

Mam już dosyć tych rozkmin.

Na tę chwile czuję, że to jest tak. To jest prawda. To moje środowisko naturalne. Sama, porzucona, bez miłości. Przegrana?  Nie udało mi się życie. Szkoda, że tego dożyłam. Szkoda, że byłam tak zaklejona, że wcześniej jakoś skrawki obrazu, prawdy tylko do mnie docierały.

Nie umiem teraz siebie okłamywać, że to i tamto jednak było dobre w twej historii beaty. To były tylko chwile luzu. krótkie chwile wytchnienia. Potem znów wracał dryl i bezwzględność obozu jenieckiego. Małe przerwy tylko, chwile wytchnienia. I znów qrwa do zagrody, do bagienka. Bo ty tylko na takie warunki i traktowanie zasługujesz. I choćbyś pękła, zesrała się – nie dasz rady tego uniknąć. Hahhaha. Złowieszczy śmiech pogardliwy mamy, tylko spróbuj jacka, jerzego, ciotki; niezadowolona ocena córki: aleś sobie mieszkanko zafundowała. Ty, nikt jesteś – tobie się przecież nie należy. chciałabyś, ale spadaj, spierdalaj do kąta. Myślałaś, że nie dostaniesz? Myślałaś, że ci się uda? Myślałaś, że unikniesz odpowiedzialności? Chyba żartujesz. Wszędzie cię dopadnę.  Jesteś gówno wartym  nikim. Nawet Izę czytałam jako oceniającą podczas sesji. 

Tak powstał najsprawniejszy okrutnik, co ucina przy samej dupie.  Kat zimny, konsekwentnie wykonujący swoją robotę. To historia o tym jak mała, bezbronna, niewinna istotka schowała się. Na zewnątrz został lichy, niepewny słabeusz, zazdrosna kobieta, bojący się realizacji i oceny innych krytyk, ofiara, ciemiężyciel, oprawca, sędzia i strażnik a czasami wielkościowiec.  Przypilnowała siebie, okrążyła odpowiednimi ludźmi, sytuacjami, jak  najszczelniejszym kordonem.  Odcięła od tego co trwałe przyjazne, co dobrostanem. Perfekcyjnie umiejąc co zdawało się być dobre   przemienić w piekło, smutek, beznadzieję. 

I co dalej będzie? Czy zechcę siebie uwolnić z tej  niewoli? Puścić wolno na życie? Czy mogę? Czy sobie na to pozwolę?

Tak oto siebie widzę i z tego widzenia siebie traktuję i układam zdarzenia życia. Chciałam przed tym uciec, ale się nie udało.

Czy to całe życie oraz to całe staranie, walka jednak o siebie małej, zazdrosnej  dziewczynki, sprytnej wredniachy, zbolałej, nienawidzącej  cierpiętnicy coś dało przestrzeni, wniosło, przyniosło? Próby obrony siebie, zawalczenia o siebie, wydzieranie siebie z gardła potwora, zamartwianie się, podlizywanie, dostosowywanie, kombinowanie, rezygnacją z siebie za spokój i pokój?

Dla mnie dzisiaj, to porażka. Ale też już chyba poddanie w tym – zostałam pokonana. Poddaję się. Wszystko było bez sensu. 

Co to w ogóle za historia jest? Nie chcę się już ani dnia nią zajmować. I jak to będzie? Odmawiam zmagania się z kolejnym dniem według scenariusza nie wiadomo KOGO/CZEGO.

Wpis bez tytułu…

Po pierwszym, inaugurującym wyjazdy Fundacyjne wydarzeniu naszła mnie refleksja... - Czy to jest absolutnie dobry pomysł , żeby spotykać się w takich okolicznościach/? Sama z sobą poprowadzę ten dialog... - Nie.  Mój proces przemiany wciąż się dzieje i...nie czuję już...

czytaj dalej

Same pytania

A co, jeśli w niczym nie miałam, nie mam racji? Skoro okazało się, że nie rozumiałam Mamy? Iluzja mojego ego. Struktury zbudowanej z tego co było; z przekonań jawnych bądź głęboko ukrytych, ale działających; wyobrażeń - parta na lęku i walce o przetrwanie? Tożsamość...

czytaj dalej

Doznane w Obecności…

Wreszcie zaległe cudowności, co je próbowałam ostatnio spisać 🙂 Kiedy już raz zaznałam Obecności w bieżącej chwili, smutno jest żyć poza nią.   Szłam na spotkanie. Wokół cicho, zielono, kwitnące soczystą żółcią pierwiosnki i forsycje i nagle poczułam błogość,...

czytaj dalej