Uwielbiam trawy. Drobne ziarenka połączone niewidzialnymi, cieniutkimi i czasem bardzo mocnym niteczkami. Kompozycje, które zatrzymują moje spojrzenie. Coś każe mi się im przyglądać, znajdować różnice, zapamiętywać kolory zieleni, określać, czy są w rozkwicie, czy w przekwicie. Są proste i dla mnie przez to właśnie urocze. Tak, mam wyjątkowy stosunek do roślin. Zauważam trawy, kwitnienie, bukiety, łąki rumianku i łapię rozmarzenie od lila bzu.
Udaje mi się poczuć zapach jaśminu, czy czarnego bzu we mnie. Myślę teraz o werbenie. Kocham zapach lawendy, paczuli, maków, kaczeńców, krwawnika, winogron…
-Jak to kaczeńce nie pachną! Oczywiście, że pachną. Ostrą zielenią pokrzywy, wilgocią ziemi, łykiem.
Popołudniowa niedziela, 1 czerwca – jestem nad moimi zalewami. Kraków. Jeziora pokopalniane. Jest dziko i bosko. Patrzę słońcu w twarz. Woda przede mną błyszczy milionami rozszalałych iskierek. Jeszcze nie tak dawno skrytykowałabym, że nieuporządkowane, niezagospodarowane – brzydko! Dzisiaj wiem, że tam, gdzie dziko, tam czyste kody natury. Teraz bywam w takich „chaszczach” z ogromną przyjemnością. Pławię się w nich.
Ostatnio usłyszałam, że gdyby nie programy wokoło – byłoby samo światło, żyjące, mieniące się światło życia.
I ja zeszłam życiem. Zeszłam do programów, zakodowań wymiaru, w którym się dzieje. Zeszłam podobno też do tych, które wybrałam dla siebie, do przemienienia w światło. I miałam (jak każdy) łączność ze Źródłem, czyli prawdziwą sobą – ze światłem, absolutem, miłością, z najwyższą inteligencją zatopioną w ciszy.
Na początku, tutaj, w tym wymiarze pojawiłam się jako mała dziewczynka i miałam „kontakt z bazą”. Na początku byłam przepełniona absolutem, z którego przyszłam, z którego jestem i którym jestem. Rozpoznaję w nim potężny, szeroki stan miłości, radości spokoju i spełnienia. A najgłębsza jest ta cisza JESTEM. Milczące bycie, które jest skończone, chociaż nieskończone
Gdybym, tą małą dziewczynką dorastała w stałym połączeniu ze Źródłem w moim życiu byłyby, chyba tylko: Miłość. Współczucie. Ciekawość. Spokój. Jasność. Odwagą. Kreatywność. Pewność siebie. Radość. Szczerość. Serdeczność.
Ale, programy rodziców, moje postanowienia PRZEMIANY wytrąciły mnie z kontaktu z Bogiem/Istnieniem/Źródłem i stanu przedegoicznego.
To do czego się budzę, teraz, to stan poegoiczny. Budzę się do tego, co jest poza moim myślącym umysłem. Budzę się do świadomości przestrzeni, w której istnieje prawdziwa wolność. Budzę się do zrozumienia każdego umocowanego na cienkiej lince ziarenka trawy, do rozluźniającego zapachu jaśminu i rześkiej nuty werbeny, do czucia łagodności zagłębienia doliny, spokoju zieleni i błyszczącego w tym wszystkim życia.
Wiem, że to wszystko co się dzieje, dzieje się w przestrzeni JA. Dzieje się scenariusz Beaty, działa system kraju, świata, zakwita kwiat oraz istnieją pasma oceniania, karania, żalu…, które opromienione światłem zamieniają się muślinowe lśnienie. I wchodzą w pełnię, do całości MNIE.
Rzadko, chociaż coraz częściej bywam w stanie obecności bez identyfikacji z myślami, emocjami oraz historiami. I wtedy oto JA JESTEM. To ja co też źródłem zewnętrznej manifestacji.
