Zauważyłam, że siadając rano i pisząc jestem w sobie, w środku. Czuję, że siedzę w prawdzie i piszę prawdę. Iza Trędowicz wyczytała ze mnie, że moim powołaniem jest pisać i mówić do ludzi… Może wiec tak być, że pisząc, po prostu jestem.
Kryzys z początku maja był efektem mojego całkowitego odejścia od siebie.
Jestem przykładem na to, że życie może być „snem wariatki”, działaniem szaleńca. Gwałtowne ruchy – szuu w jedną, potem szuu w drugą stronę. Potem chwila rozanielania się, czasem faktycznie bycie w wysokich wibracjach zachwytu, miłości… Jednak często i tutaj wkrada się fałsz. Następnie znowu jakieś rzuty, wybuchy…
Wczoraj obserwowałam swoje myśli. Od cholery ich jest. Wyskakują, napływają i…ciągną moją uwagę za sobą. Powtórzę sobie: moja uwaga, to energia dla nich.
Majowe odklejenie się od siebie dało mi praktyczną wiedzę nt. efektów rozdawania własnej energii oraz wyłoniło schematy, zakodowania, które zawierają w sobie podobne grupy myśli i emocji. W mojej niepoczytalności żyłam życie, wybierałam, naciskałam, wyciskałam, napierałam, czarowałam – działałam, żeby osiągnąć.
– Czego chciałam? – zadaję sobie teraz takie pytanie
-Żeby było tak, jak wydawało mi się, że będzie dobrze dla mnie.
-Jakie „dobrze”? O co mi chodziło generalnie?
-Szukałam szczęścia, miłości, zachwytu, spokoju. Chciałam je zdobyć, dostać, osiągnąć, dożyć. Dotrzeć do tych stanów, uczuć. Bo wydawało mi się, że te przestrzenie są na zewnątrz.
Moje ego coraz śmielej odkrywa się przede mną. Ma ono mój indywidualny charakter. Zobaczyłam np. egoizm oraz narcyzm. Dlatego było tylu nauczycieli z mocnym ego, z patologiczną wielkościowością w moim życiu. Odbiłam/odbiło się na nich to, co w sobie nosiłam. Poświęciłam narcystycznemu zaburzeniu osobowości prawie 3 lata. Niech będzie, że w efekcie poświęciłam je sobie, chociaż u mnie to rys, ledwo mazia narcystycznego pędzla.
Czując się gorsza, zakładałam, że jestem lepsza. Nienawidziłam siebie, bo powinnam i powinno być inaczej, bo było wszystko „nietakie”. Z niechęcią patrzyłam na swoje odbicie w lustrze i niczym macocha z Królewny Śnieżki byłam zła, że nie mam na tyle mocy, żeby walnąć to lustro w twarz, aż się ocknie i zmieni obraz. Terapeutyzowałam się, szukałam, bo skądś wiedziałam, że to nie tak.
Jednak…raczej chodziło mi o odsłonięcie gwiazdy, niezwykłości, refleksyjności, czaru i swojej wielkościowości. Uzurpatorka, ciągle w kolejce po lepsze życie. Bo mi się należy. Przez wyjątkowość bolesnych doznań, nienależnych mi. Widziałam okrucieństwo mamusi, taty, innych. Jednak…o czym wówczas marzyłam? Żeby mieć ich moc, bezwzględność, nie cierpieć, drzeć po swoje! Taka byłam cudna, bezprzemocowa.
Bo życie, rodzice, rodzina, dziecko, mąż mnie nie widzieli, krzywdzili, byli niesprawiedliwi…Stale działałam w celu spodobania się, zauważenia mnie. Łapałam kadzą pozytywną i negatywną uwagę. K a ż d ą.
Zauważyłam, poczułam, nawet wczoraj, takie nieprzyjemne prężenie się oraz wicie, pozę, usztywnienie, żeby się pokazać, żeby zostać zobaczona… Sztuczne, robaczne przebranie.
Dziękuję i odpuszczam. Zobaczyłam. Nie niszczę, nie zmieniam. Przyjmuję.
Głaskanie kota to przyjemność. Dla kogo? Poczułam w tym swoją zamkniętość na miłość.
Ktoś mnie poucza, lekceważy – już to widzę, nazywam…Eh. Czujna jestem.
Mamusia, moja mamusia tak miała. Jaki to jest koszmar z tym żyć. Nie znosiłam jej za tą podejrzliwość w stosunku do słów, zachowań, obrażania się, a nawet dawania razów. A ona czuła swój ból, ją naprawdę bolało. A mnie to nie? Oczywiście, że tak. Ja miałam/mam tak samo. Tylko, że ja kierowałam agresję głownie na siebie. Nauczono mnie, że zawsze wszystko jest przeze mnie, więc bałam się postawić. Gniew, odrzucenie przez innych, szczególnie ważnych, to koszmar większości mojego życia. Stąd układanie się, załagadzanie. Żeby mniej bolało, żeby przeżyć – całą nienawiść do innych kierowałam ku sobie.
Zawsze widziałam, jak jestem odbierana. A i owszem, to samo wkurzało mnie w innych (Antoni, Ksawery, Kamil). Nauczyłam się oficjalnie niewiele chcieć dla siebie – a jednak chciałam w s z y s t k i e g o! Uwagi, akceptacji, miłości, podziwu. I żyłam bez tego. Staranie, staranie i jeszcze więcej starania. Analiza bliskich, żeby tylko znaleźć drogę, dotrzeć i móc zrobić to, co oni robili ze mną. Czułam ich skuteczność, bo mieli moje zaangażowanie, podziw, uwagę, sympatię, oddanie, poddanie… Tak to wygląda.
Teraz, kiedy to „się pisze” – widzę, patrzę spokojnym, łagodnym i tkliwym okiem. Otulam uwagą moją mamę, siebie. Zauważam. Wlewam miłość w siebie.
Zanim „się to zapisało’, wiedziałam już. Był to jednak wynik pojawienia się emocji i analizy zdarzeń i mojego czucia. Myślałam, że to poszczególne programy tylko. W efekcie (na dziś) widzę, że wyłoniło się coś nowego – egoizm walczącej o życie. Kto się karmi uwagą od innych ważnych. Kto się karmi spojrzeniami ludzi?
Nie jestem płochliwą sarną, która musi unikać drapieżników, silniejszych, bezwzględnych, bo ją zeżrą. Czyżby strach? Zlęknienie? Uciekam, bo mogą zrobić coś niedelikatnego, ostrego, być nieuważni. I ja to przeżyję! I to mnie dotknie, a potem osłabi. Tak to jest. Tak to ze mną jest.
Znalazłam wstyd. No tak. Wstyd, bo np. wczoraj to zrobiłam zamieszanie wokół siebie. A czemu ja robię zamieszanie wokół siebie? O uwagę mi chodzi??? Taka biedna, a jednak dzielna. Poradziła sobie. Mam ich! Wstyd, bo oni pewnie zauważyli co ja wczoraj gadałam. A jak zareagowałam na to, a jak na tamto – o matkobosko! – na pewno myślą niepochlebnie. Albo, co najgorsze – zobaczyli, że nie jestem taka super, jak wcześniej myśleli. Mamusia zawsze mnie ostrzegała – nie pokazuj jaka jesteś, nie odkrywaj się, bo wówczas się wyda prawda o tobie.
Tak, że tak.
Nie wiem czy mogę zaufać swoim myślom. Raczej nie. Umysł czerpie z tego co ma. A ma moją przeszłość.
Ważne z czego patrzę, czym patrzę.
Kiedy piszę, patrzę z ciała. Moje oczy są poza głową, w ciele. Piszę z ciszy, która płynie.
