Zobaczyłam bezsens i beztreściowość przeszłości. Nie chcę jej pamiętać, a niżej napisałam co ewentualnie „zabrałabym”, albo „zostawiła”. Czy wybaczam przeszłości? Cóż…a co mi pozostało? To było. „Coś” (ego) to wybrało, żeby się urzeczywistniło, wydarzyło. Trudno. Nie kocham tego. Wybaczam. Bez entuzjazmu, ale okej.
Mam otworzyć akceptację tego co jest, bo już jest. Fakt. Dziś jednak ta beztreściowość odczuwana jest przeze mnie jak bezsens. Nawet mi się nie chcę tego rozmieć. Bezsens. Teraz myślę, że może chodziło o dojście do dzisiejszego wniosku, ale nie wiem tego na pewno. Forma beaty nadźgana programami, schematami myślowymi trwała, istniała i wybierała zgodnie z jej zapisami, algorytmami, z jej stylem. A mi się wydawało, że realizowałam jakieś życie, jakiś rozwój, coś szczytnego, ku docenieniu, radości, spełnieniu, z przebłyskami sensu i mądrości. A tu dziś widzę, że nie. Beznadzieja.
Odpuścić. Odciąć się. odejść daleko. Zgubić zainteresowanie i zaangażowanie. Oto mój wniosek na dalej. Bezbronna wobec schematu. Bo cholera wie, co on tam jeszcze pokaże, wyreżyseruje. Jaki ja qrwa mam na to wpływ? Żadnego. Wychodzi na to, że z bezsilności trzeba się poddać. I najlepiej, żeby nie słyszeć, nie widzieć i nie czuć więcej niczego z tamtego spektrum. Nigdy już.
Pozostaje Obecność.
A tu czytam o „cudzie przemiany wewnętrznej i zewnętrznej, gdy wybaczę przeszłości i zaakceptuję chwilę, co jest. Bo powstaje wówczas cicha przestrzeń intensywnej obecności we mnie i wokół mnie, i wszystko co wkroczy w tę przestrzeń ulegnie jej wpływowi. Roztopię dysharmonię, uleczę ból, rozproszę nieświadomość nic właściwie nie robiąc, po prostu będąc, po prostu trwając w stanie intensywnej obecności. (…) To co z naszej ograniczonej perspektywy wydaje się złem, w rzeczywistości jest częścią wyższego dobra, które nie ma negatywnego odpowiednika. Stanie się to dla mnie prawdą dopiero wówczas, gdy wybaczę. Dopóki się to nie zdarzy zło nie dostąpi odkupienia, a więc pozostanie złem.”
Wybaczyć, że to wszystko było i było takie trudne, bolesne i jak czuję teraz – bezsensowne, a wręcz beznadziejne. Cóż. Wiem, ze to subiektywne, ale pisze to osoba, która nigdy nie czuła, ze jest idealna i bardzo mozolnie pracowała nad zmianą, naprawą. A dziś widzi kolejne fragmenty i wylania się pełny obraz. Całe niekochanie, przemoc zafałszowanie było potrzebne w szerszym kontekście. Okej. Nie muszę tego kochać, żeby to uznać, za fakt.
Pozostaje Obecność.
„Zaakceptuj wszystko co jest. Umysł i opór to synonimy. Akceptacja natychmiast wyzwala spod władzy umysłu, co jest tożsame z odnowieniem więzi z Istnieniem. I wtedy najczęstsze motywacje, do których ucieka się ego, żeby czegoś dokonać takie jak: lęk, chciwość, żądza władzy, potrzeba chronienia fałszywego poczucia „ja” tracą moc. Ster przejmuje inteligencja znacznie wyższego rzędu niż umysł. To też moje działania przesiąkają całkiem innym rodzajem świadomości. {Zgódź się na wszystko co przychodzi wplecione we wzór twojego przeznaczenia, cóż bowiem innego mogłoby być lepiej dostosowane do twoich potrzeb} (Marek Aureliusz).”
Tak więc trzeba mi było tyle wycierpieć, żeby wreszcie dotarło, żeby zaniechać oporu i pogodzić się z rzeczywistością, czyli wybaczyć – piszę za E. Tolle.
„Dzięki pozornemu złu budzi się świadomość istnienia a cierpienie przeistacza się w wewnętrzny spokój. To co wydaje się być złem, w rzeczywistości jest częścią wyższego dobra, które nie ma negatywnego odpowiednika. (…) Ego to umysł niepoddany obserwacji, który kieruje moim życiem, kiedy nie jestem obecna jako baczna świadomość, jako świadek.” – całe życie byłam nieobecna.
I tak jest w moim życiu ksawery ze swoim mocnym narcystycznym programem obronnym, który jak ulał pasuje do mojego związanego z podporządkowaniem. Mam z nim od lat nierozwiązana sprawę. Nie udaje mi się ostatecznie przeciąć wiążących nas połączeń – chociaż się staram. Według mnie, on znając swoją siłę sprawczą ma przewagę nie dając mi tego, czego bym chciała. Wolności od siebie. W pojedynczych kontaktach udaje, że ma wolę rozwiązania sprawy, a w działaniu uniemożliwia pojawienie się jakiegokolwiek ruchu w tej sprawie.
– Nie będzie tak, jak ty chcesz – tym mi mówi – oraz: mam władzę nad tobą.
Piszę to i pojawiła się teraz emocja: przestrachu i bania się, bo ktoś ma autentyczną władzę nade mną. Rozgrywa mnie. Pogrywa sobie ze mną. Lekceważy mnie.
Rodzice mieli władzę nad beatą. Mogli zmiażdżyć najpierw przez bicie i poniżanie i krytykę, później poprzez wymagania, oskarżanie, krytykę i ciągłe wyrzuty, a na końcu ciężarem niechcianej odpowiedzialności i obciążeniem psychicznym i fizycznym, którego wymagała opieka i codzienne funkcjonowanie razem.
To musi to być to albo coś bliskiego, bo po dotknięciu, w środku tej władzy nade mną – poczułam przyjemną ulgę.
Czyli, że trzymałam dla siebie w sobie bycie pod władzą silnego, przebiegłego, podstępnego i gotowego na wszystko przemocowca. Bo znajome? Naturalne środowisko dla beatki. I jeszcze coś jest przy tym. Strach przed bólem czucia się bezbronną, skrzywdzoną i odrzuconą, jak „nikt”.
Bo pamiętam, jak boli atak (kiedy się boi lub coś idzie nie po jej/jego myśli) i tego się boję. Mama jak mi groziła, to przystawiała mi zaciśnięta pięść do twarzy i mówiła: bój się. ksawery kiedy mnie krzywdził, to potem mnie porzucał, zostawiał samą w bólu. I ja taka obolała podnosiłam się i dbałam o pojednanie, szukałam porozumienia, bo nie chciałam go stracić i pragnęłam, żeby znów być razem, w zgodzie. Rodzice zawsze mnie stawiali w pozycji – winna, więc tutaj było jasne, że nikt mnie nie będzie przepraszał. Mąż też mi nie pozwalał, żebym miała nawet złudzenie, że będzie tak, jak potrzebuję dla siebie i córki. A chodziło o wytynkowane ściany w domu, łazienkę, która nawet nie była przyzwoita, o ciepło…
– Nie i już. Nie myśl sobie, że będzie tak, jak ty chcesz – tak mówił.
Ada, która powiedziała – Nie, kiedy prosiłam, żeby mnie usunęła z RN.
beata w zależności i podporządkowaniu.
i)zależność od innych, sytuacja podporządkowania się innym, władza nad innymi, przewaga nad innymi;
ii) a z drugiej strony poniżenie, upodlenie, niewola (bycie pod władzą, przewagą), zabieganie o uwagę, miłość, godne traktowanie, użalanie się nad sobą, bezskuteczne szukanie poparcia i wsparcia na zewnątrz, żalenie się (jak mała beatka, uciskana przez rodziców);
iii)wściekłość, nienawiść, pogarda do ciemiężycieli, życzenie im źle i pasywna agresja, żeby jakoś się zemścić. Życie w iluzji, że jednak jest się kimś wyjątkowym i próba pokazania tego (duchowość, naprawianie siebie). Próby układania się z ludźmi. Krytyka i ocena innych dla podbudowania własnego „ja”. Zazdrość lepszego życia, związku, godnego traktowania, z szacunkiem.
Trzymanie się nieszanowania siebie. Ty siebie traktuj z szacunkiem.
Trzymanie się tego, że ma być jak w domu. Ja zależna, podporządkowana, lawirująca i unikająca ciosów, żeby przeżyć. Nade mną silniejsi, bardziej bezwzględni i bez wątpienia nieobliczalni, których się boję. Odizolowana, w pokoju na górze, w cudownym świecie marzeń i zamierzeń. Z muzyką, pisaniem, rysowaniem i naprawianiem się. kwiaty w wazonie i czasami wyjścia na najcudowniejsze na świecie spotkania wspólnoty. Trwająca w ciągłej bojaźni przed jutrem; nasłuchująca kroków; wyczulona na to co ONI; co dzisiaj zamiarują, jaki mają humor, żeby wiedzieć na co mogę sobie w dostępnym tylko zakresie pozwolić. I tkwiąca w tym sednie swojego życia opartym na Nich i Okolicznościach zewnętrznych. I wstrzymująca się przed PRAWDZIWYM ŻYCIEM, ze strachu (mała dziewczynka) i z obawy przed porażką, która może mieć konsekwencje, bo zaboli, bo będę wyśmiana, albo bez kasy, powalona przez oceniających Ważnych. A poza tym i tak pełna wątpliwości, niepewności czy zrobić tak, czy tak. A może poczekać?
– Czy ta ICH władza coś dawała?
– Podstawowe bezpieczeństwo? Dach nad głową i pieniądze. W pracy ciekawe wydarzenia, trochę uznania i kasę.
Obok była wspólnota podobnych mi znajomych. Jest wspólny mianownik, akceptacja, pewne wyróżnienie i nobilitacja uznania i akceptacji.
Chcę się uwolnić od akra, ksawerego.
Całe życie w takim samym układzie!
Nie stawiać oporu temu schematowi.? Tak, on jest jaki jest. Cały czas w nim jestem. Rodzice nie żyją, ale został ksawery, akr, a nawet córka, której zdania, bezwzględnego – nie: albo, jest tak, jak mówię: nie akceptuję – się boję. Mogłabym … tych władców, ksawerego.
Nienawidzę ich, że są ze swoją przewagą i mają władzę nade mną. Kiedyś im ją dałam.
Chcę zapomnieć, że kiedykolwiek istnieli i swoje dotychczasowe życie chcę zapomnieć.
Zarozumiała spryciula. Okropna egoistka nieszanująca innych i bardzo wrażliwa na swoim punkcie – jest też taki element tego schematu. Przejecie „mocy” od oprawców, branie sobie Władzy, granie ważności, kiedy jest w miarę pomyślnie albo jest się matką lub dyrektorem zarządzającym? Nie do pojęcia i wytrzymania to jest.
Jak się odciąć od tej całej historii beaty.? Jak to jest, że napędzała ją z takim zaangażowaniem przez całe, długie życie. Chce się odciąć. Nie chcę zabrać, pamiętać niczego. Jeśli to na coś jest, to miłość do karola, kamila, maleńkiej madzi i cudowne widoki flamingów, mórz, rumianków, zapach lasu, smak malin i czereśni, dotyk alabastru lnu, i jedwabiu i może satyny. Sale i korytarze Uniwersytetu Jagiellońskiego, w Padwie, widok i zapach Tatr, Pienin, regionu Camargue i delty Rodanu. Odgłos kopyt białych koni biegnących główną ulicą Saintes-Maries-de-la_Mer. Kolor kobaltowy i odcienie ochry.
Życie 60 lat. Jak jeden dzień. Nigdy nie było inne niż ta wersja z domu, z rodzicami małej beatki.
Pozostaje Obecność.
***
Czy jest gdzieś czysta forma tego stworzenia? Może nie ma. Chociaż nie, jest. Ukryta. Nigdy nie wyszła z tej studni? Z tego lochu?
W cichości i bezpieczeństwie mojej pustelni, wśród natury, w delikatności, ciszy i radosnym śmiechu, w dźwiękach muzyki, w raju wśród cudownych bliskich przyjaciół chcę ją wypuścić. Żeby sobie usiadła z pogodną buzią na ławeczce przed domkiem i mogła patrzeć na koziołki, motylki. Otworzyć płuca i odetchnąć w poczuciu, że ten koszmar życia we władzy programów już się skończył, albo jest poza nią. Marzę, żeby posmakowała malin i bitej śmietany z malinami. I żeby mogła się śmiać i śmiać i śmiać beztrosko. Żyć w swojej niewinności, w niebieskich migdałach i raju na ziemi.
– W tamtym domu wcale nie było bezpiecznie maleńka. To znasz. Już koniec.nie boj się.
***
Zapomnieć. i nigdy już nie wracać myślami, wspomnieniami, przywoływaniami do żadnej z tamtych atmosfer, warunków, uwikłań i całego tego bezsensu.
Moje życie nic nie wniosło. jakie „moje”? Odłączona tożsamość ego. Dziś jest ból porażki i poczucie bezsensu. Jak skutecznie zostawić to co było? Jak to się robi? Jak to puścić? Jak zniknąć formę o imieniu beata. Może ją włożyć, wstawić do Istnienia i wówczas się wchłonie? Nie wybieram na dalej tego co było. Czy to jest opór? Nie stać mnie teraz na obojętność. Daje mi w kość energia, atmosfera, skład tych mechanizmów. Wybieram wszystko zapomnieć. Niczego więcej nie chcę wspominać. Było. Boli, że było. Wybieram się pożegnać na zawsze z każdym Ważnym w moim życiu ostatecznie.
Przywracam sobie akt woli. Oddaję ten schemat z domu, domu. Nigdy więcej.
Wolą mojego istnienia odmawiam ciągu dalszego tej historii.
„Zaniechać oporu i pogodzić się z rzeczywistością, czyli wybaczyć. (…) To co z naszej ograniczonej perspektywy wydaje się złem, w rzeczywistości jest częścią wyższego dobra, które nie ma negatywnego odpowiednika. Stanie się to dla mnie prawdą dopiero wówczas, gdy wybaczę. Dopóki się to nie zdarzy zło nie dostąpi odkupienia, a więc pozostanie złem.”
Pozostaje Obecność.
I niech się tak stanie. Amen.
